Wycieczka po Kalifornii. Cz. 1 “Prawie nas nie wpuścili do USA”

Po Kanadyjskiej przygodzie nadszedł czas na wakacje! W związku z faktem, że kraj klonowego liścia się już nam trochę znudził, postanowiliśmy urządzić sobie wycieczkę do Stanów. Lasy, góry i wilgoć, chcieliśmy wymienić na pustynię, gorączkę i… też góry. Tylko, że takie trochę suchawe góry. Tak powstał plan, którym była wycieczka po Kalifornii.

Wyprawa zajęła nam 5 tygodni, a w tym 3 tysiące mil przemierzonych dróg (czyli około 5 tysiaków kilometrów), więc postów trochę będzie. Spaliśmy głównie pod namiotem. Obym wytrwała w spisywaniu naszych wojaży.

OD POCZĄTKU!

Nasza wycieczka po Kalifornii rozpoczęła się 30/08/19, o godzinie 4.30 nad ranem, w Vancouver. Podnieśliśmy się leniwie z podłogi na dźwięk budzika ( z podłogi, ponieważ opuszczaliśmy Kanadę na stałe, więc wcześniej musieliśmy pozbyć się wszystkich mebli z wynajmowanego przez nas mieszkania). Nie była to najwygodniejsza noc, ale o tej godzinie, podłoga przyciągała z niemal taką samą siłą co łóżko.

Samolot do Los Angeles, gdzie miała na dobre rozpocząć się nasza wycieczka po Kalifornii, startował o 8.30. Mieliśmy sporo czasu, ale sama wyprawa na lotnisko trwała około godzinę. Dodatkowo, rozmowę z amerykańskim celnikiem, przeprowadza się już na Vancouver’skim lotnisku, co też może zjeść trochę czasu ze względu na kolejki. Tydzień wcześniej leciałam z moją Mamitą do Vegas i trochę się najadłyśmy stresu, bo nie byłyśmy przygotowane czasowo. Jak lataliśmy do US z Europy, to kontrola odbywała się zawsze na lotnisku docelowym. Ale nie ma tego złego. Dzięki temu, że cała kontrola i rozmowa odbywa się w Kanadzie, to po wlocie do Stanów, nikt już nic od nas nie chciał.

Tak więc zapas czasowy mieliśmy…

I BARDZO NAM SIĘ ON POTEM PRZYDAŁ.

Na lotnisku zjawiliśmy się o godzinie szóstej z minutami. Podreptaliśmy do kiosku, aby się odprawić. I TU ZACZĘŁY SIĘ SCHODY. Ale zanim zacznę, to parę kwestii organizacyjnych.

Oto uczestnicy wyprawy:
  • JA – Polka, posiadacz promesy (tzw. “wizy”) w paszporcie
  • ANDY – Nowo Zelandczyk, on nie musi mieć “wizy” ( a przynajmniej tak wyczytał, jak z 5 razy mu mówiłam – sprawdź, czy coś potrzebujesz, aby wjechać do Stanów)

No więc, gromadzimy się przy tym kiosku, wpisujemy dane i BANG! Error jakiś, nie możemy się odprawić. Podchodzą do nas Panie Pomagierki i pierwsze pytanie, czy mamy wizy. Ja grzecznie kiwam głową, a Andy, z narodu wybranego, że on nie, że on nie potrzebuje… A ESTA Pan masz?

Serce mi zamarło. Nóż, którego nie miałam i tak otworzył mi się w kieszeni. Zamorduję go.

ESTA – Elektroniczny System Autoryzacji Podróży. Czyli to, co każdy obywatel kraju, nieobjętym przymusem posiadania wizy/promesy, musi mieć. Bez tego nie wpuszczają na pokład samolotu.

Sformułowanie ESTA brzmiało mi bardzo znajomo, a przez to i bardzo wrogo. Przecież coś podobnego ma Kanada, tylko tam, to nazywa się ETA i jak tego nie masz, to nie lecisz. Koniec.

I TU PRZYCHODZI CZAS NA POTWIERDZENIE PRAWDZIWOŚCI STWIERDZENIA : GŁUPI MA ZAWSZE SZCZĘŚCIE.

Okazało się, że w przeciwieństwie do kanadyjskiej ETA, o amerykańską ESTA można starać się na lotnisku. Andy został odesłany do lotniskowej informacji, przy której znajdowały się dwa komputery, na których można było aplikować o tę nieszczęsną ESTę. Czas oczekiwania na zatwierdzenie – od paru minut do… 72 godzin.

Tak więc, staliśmy przy tym komputerze odświeżając co parę sekund. Zaczęło się myślenie nad planem awaryjnym. Ja polecę teraz, a on późniejszym samolotem. A co jak zatwierdza mu za te 2, 3 dni? To co ja będę robić w tym LA? Też bez sensu. Najlepszym rozwiązaniem, na tamten moment, było po prostu przeklinanie Andy’ego w moich myślach.

CAŁE SZCZĘŚCIE PO OKOŁO DWUDZIESTU MINUTACH MU TĄ ESTę PRZYZNALI.

Całe szczęście, że przyjechaliśmy z zapasem czasowym… Potem poszło już wszystko w miarę gładko. Kolejka do kontroli paszportowej była znacznie krótsza niż ostatnio. Spytali mnie tylko po co przyjeżdżam, kiedy wyjeżdżam, czy mieszkam w Polsce na stałe i co tam robię. Wywiad skończył się pieczątką w paszporcie, pozwalającą na pobyt w stanach kolejne 6 miesięcy i tyle. Udało mi się zdarzyć nawet przed Andym. Bezwizowcy muszą wypełnić jakieś formularze na komputerowych stanowiskach na lotnisku, a potem przejść kontrolę paszportową. Z nami też będzie podobnie, jak te wizy zniosą 😉 .

Nieźle zaczęła się ta nasza wycieczka po Kalifornii. Jak może pójść coś nie tak, to oczywiście nam pójdzie nie tak. I to jeszcze nie koniec tych “nie taków”…

Kolejny post już z Los Angeles! (tak, dolecieliśmy, wpuścili nas na pokład, a nawet potem bez problemów wypuścili 🙂 )

wycieczka po kalifornii

Share

1 Response

  1. Październik 23, 2019

    […] Pierwszy post […]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *