Wycieczka po Kalifornii cz. 4 “Internety, Chińczycy, Palmy i Burze”

Pierwsza noc minęła i nie była taka mordercza, jak by się mogło wydawać! Misja na dziś: ogarnąć internet w USA, dokupić to o czym nie pomyśleliśmy wczoraj i coś zwiedzić. Aha! No i sprawdzić, gdzie znajduje się camping, na którym mieliśmy spać poprzedniej nocy oraz dzisiejszej. 

BO OKAZAŁO SIĘ, ŻE PRZYKAMPILIŚMY PO PROSTU NA MINI PARKINGU, CZY TAM GŁĘBSZEJ ZATOCZCE DLA SAMOCHODÓW 😛

Cała noc była gorąca. Obudziliśmy się około 7 nad ranem przy temperaturze około 25 stopni Celsjusza. Było nawet przyjemnie, ale z każdym kwadransem robiło się coraz goręcej. Zebraliśmy nasze manatki, zjedliśmy jakieś suche chlebowe paluchy i wsiedliśmy do auta…

…które nie chciało odpalić.

Oj tam, po co komu działające auto. Posiedzimy, popodziwiamy widoki, zaraz temperatura dobije 40 stopni, może jakieś opalanko. Podstawa to pozytywne nastawienie. Uraczyliśmy więc i nasze autko pogodnym humorem, kierując w jego stronę kilka motywacyjnych cytatów – Ty #*&@!$ samochodzie! Rusz swoje cztery @&#%!(% litery i #*$&@ jedź! Okazało się, że mówcy motywacyjni z nas nieźli i auto odpaliło. Dziękuję. Jedziemy.

Internet w USA

Człowiek przeżyje bez prysznica, żarcia, mleczka do opalania, ale bez internetu nie. Także pierwszy przystanek to znalezienie miejsca, gdzie możemy się w niego zaopatrzyć. Trafiło na salon T-mobile. Internet w USA, to dość droga impreza, ale bez przesady. W sumie za miesiąc nielimitowanego internetu, rozmów i sms’ów na terenie Stanów zapłaciliśmy $50. Wg. naszego research’u, T-mobile miał jeden z lepszych zasięgów. W praktyce wyglądało to tak, że w miastach i miasteczkach sygnał był, ale już trochę poza aglomeracjami, czy w parkach narodowych, to było baaaaaardzo cieniutko.

Po podłączeniu się do sieci, zaczęliśmy szukać jakiejś miejscówki, którą można by odwiedzić. Atrakcje były głównie na zewnątrz. Planując wyjazd jeszcze w Kanadzie, chcieliśmy zrobić sobie mały hike po Indian Canyons w okolicach Palm Springs. Pogoda zweryfikowała jednak nasze plany, bo przy 40 stopniach po prostu nie da się robić dłuższych dystansów.

Thousand Palms Oasis Preserve

Wybraliśmy, że pojedziemy do Thousand Palms Oasis Preserve w Coachella Valley, niedaleko Indio. Miejscówka do małego hike’u pod palmami i nie tylko.

Blisko tej miejscówki znajduje się mały parking, na którym, prócz nas, zaparkowane były dwa vany z chińskimi turystami. Odczekaliśmy chwilę, żeby ich około 10 osobowa grupa poszła przodem.

Wstęp do parku jest darmowy. Zaraz przy wejściu znajduje się mały “placyk” pod palmami, przy którym znajdują się wychodki bez kanalizacji oraz mała informacja turystyczna, która była nieczynna w weekend (byliśmy tam w niedzielę). Miejsce to było przyjemnie zacienione, więc przycupnęliśmy sobie na ławeczce i obserwowaliśmy Azjatów fotografujących dosłownie wszystko. Chcieliśmy poczekać aż się ulotnią, żeby samemu porobić parę zdjęć, ale po 10 minutach zrezygnowaliśmy, ponieważ nie zapowiadało się, że opuszczą to miejsce prędko.

Park posiada parę ścieżek, które można wybrać. Niestety większość z nich wychodzi w końcu spod palm i trzeba spacerować na pełnym słońcu. Połaziliśmy sobie z pół godziny, ale że było za gorąco, to postanowiliśmy się wrócić, do punktu początkowego.

Jakim zaskoczeniem było, że ci Azjaci nadal tam byli i nadal robili zdjęcia. Wujek Pong na tle palmy, Wujek Pong na tle palmy z mamą, Wujek Pong na tle palmy z mamą i bratem, Wujek Pong na tle palmy z bratem, Wujek pong na tle palmy ze skaczącym bratem, skaczący Wujek Pong na tle palmy ze stojącym bratem. Każdy uczestnik wyprawy musiał mieć swoją wariację zdjęć z innymi uczestnikami. Przy okazji robili hałasu co nie miara.

Nie mieliśmy za bardzo co robić, więc z ciekawości chcieliśmy zobaczyć ile tam jeszcze zabawią. Po 15 minutach postanowiliśmy wracać do samochodu. Tak, a oni nadal robili zdjęcia.

Zwiedzamy Walmart

Nie bez powodu, turyści jadą w tamte rejony raczej w sezonie jesienno-zimowym, a nie w lato. Gorączka sprawia, że ciężko jest wytrzymać na zewnątrz. Z braku laku postanowiliśmy pojechać do Walmart i kupić parę brakujących rzeczy. Andy wpadł na ekstra pomysł i kupił plastikowy karnister na wodę (ok. 10l), do którego wsypywaliśmy lód i dzięki temu mieliśmy zimną wodę w te upały.

Przed powrotem na camping, sprawdziliśmy dokładnie, gdzie ma się on znajdować. Wg. naszej oceny trzeba było jechać z 1 km drogą do Joshua Tree National Park i gdzieś tam powinien się on znajdować.

I tak było! Co więcej, mieliśmy nawet dwóch sąsiadów – jeden spał w samochodzie osobowym, a druga ekipa spała w vanie. Od razu poczuliśmy się lepiej. Mieliśmy jeszcze na dodatek zasięg! Rozbiliśmy namiot, wymyliśmy się w misce i zaczęliśmy chillować przy pięknych pustynnych widoczkach. Dzień dobiegał ku końcowi…

Nadeszła noc

Około dwudziestej było już zupełnie ciemno. Gdzieś w oddali widzieliśmy błyski przechodzącej burzy, jednak nasze prognozy żadnych przygód nie zapowiadały.

Weszliśmy do namiotu, tym razem spaliśmy pod samą siateczką, więc nie było aż tak gorąco i przy okazji mieliśmy piękny widok na rozgwieżdżone niebo.

Około dwudziestej drugiej , obudził nas deszcz uderzający o namiot. No trudno, założyliśmy drugą, przeciwdeszczową warstwę i poszliśmy dalej spać. Za kolejną godzinę obudził nas silniejszy wiatr, przez który nasz namiot dość głośno trzepotał. Hałasował na tyle, że dość ciężko było przy tym zasnąć. Spytałam Andy’ego, czy idziemy do samochodu, ale powiedział, że pewnie zaraz przestanie wiać. Niestety nagle namiot zaczął się na nas gwałtownie kłaść i wyginał się we wszystkie strony. Yyyyy, to może jednak pójdziemy do tego samochodu :P.

Gdy otworzyliśmy “drzwi” od naszego namiotu, widzieliśmy niewiele więcej niż latający wokół piach. Szybko przetransportowaliśmy się do samochodu. Zaraz potem deszcz ponownie zaczął padać, a do naszych uszu i oczu zaczęły dobiegać bodźce wskazujące na nadchodzącą burzę. Siedzieliśmy w aucie sprawdzając prognozy, niby do 1 w nocy ma trwać burza, a potem będzie już ładnie. No to czekamy.

Nagle zaczęliśmy dostawać ostrzeżenia na telefon, o ryzyku powodzi na terenie, na którym się znajdujemy. Spanikowaliśmy, bo ugrzęźnięcie na tym piaskowym terenie, to ostatnia rzecz, która nam była potrzebna. Nie mieliśmy nawet możliwości zobaczyć, co robią w tej sytuacji nasi sąsiedzi, bo zawierucha bardzo ograniczyła nam pole widoczności.

Postanowiliśmy uciekać…

…ale nasz samochód, miał inne plany i postanowił nie odpalić, bo po co :D. Niewiadomo, czy jako jedyny postanowił zachować zimną krew, czy mocno spał, ale w końcu po paru minutach odpalił. Gdy dojechaliśmy już do asfaltowej drogi, poczuliśmy się bezpieczniej, ale nie wiedzieliśmy, gdzie my właściwie mamy jechać. Zaparkowaliśmy więc przy zatoczce, na której spędziliśmy noc wcześniej. Czekamy.

Teraz prognozy mówiły, że impreza potrwa do drugiej w nocy. Po jakimś czasie przestało padać, ale i tak co jakiś czas dostawaliśmy alerty o powodzi w pobliżu. Zdecydowaliśmy, że wracamy w pobliże namiotu i tam przeczekamy do końca. Burza była dosłownie z każdej strony. Przestało chociaż tak bardzo wiać. W oddali widzieliśmy chmury z których wychodziła czarna smuga deszczu. Nie było miejsca na niebie, które co chwilę by nie błyszczało. Wszystko trwało do około godziny czwartej…

To sobie pospaliśmy.

Share

1 Response

  1. Listopad 6, 2019

    […] Nie mieliśmy daleko, bo spaliśmy z 2 kilometry od oficjalnego wejścia do parku. Nasz samochód po burzliwej nocy, był cały uwalony piachem i pyłem, że aż wstyd było się do niego przyznać 😛 . Auto było […]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *