“Glass Beach – niektóre atrakcje nie są warte nadrabiania drogi” cz.12

Dwa dni opisane w tym poście, należą do grupy dni niewypałowych. Takie też się zdarzają. Nie zawsze są ochy i achy, czasem jest “kurczę, ale czasu i benzyny straciliśmy!”. Czas na niekonieczne must see.

Po zakończeniu zwiedzania opuszczonego miasteczka Bodie, skierowaliśmy się w kierunku jeziora Tahoe. Planowaliśmy tam znaleźć camping. Wydawało się to dość łatwym zadaniem, bo nad jeziorem raczej pól namiotowych nie powinno brakować. Była to prawda, ale ceny wołały o pomstę do nieba. 50 dolców za nocleg na kawałku ziemi!? A były i nawet droższe opcje.

Lake Tahoe to dość popularna miejscówka wśród Kalifornijczyków, na weekendowy lub wakacyjny wyjazd. To też sobie pozwalają, jeżeli chodzi o ceny. Uznaliśmy, że skoro mamy płacić grube dolary za camping, to równie dobrze możemy sobie ogarnąć motel w podobnej cenie. Udało się nam znaleźć, za niecałe 50 dolców, motelik o górskim klimacie. Jak za taką cenę, to był to naprawdę fajny standard (Pinewood Inn, jakby kogoś interesowało).

Decyzja o spaniu w motelu okazała się bardzo dobrą decyzją, bo przy Lake Tahoe, w okresie wrześniowym, temperatury w nocy oscylują obok zera. Po dwóch mroźnych nocach w Yosemite, nie chcieliśmy takiej trzeciej. Także win win!

Lake Tahoe

Z rana wybraliśmy się nad jezioro Tahoe. Jest ono drugim, najgłębszym jeziorem w Stanach i słynie głównie ze swojej wyjątkowo przejrzystej wody. Położony jest w dwóch stanach – Kalifornii i Nevadzie, jadąc w jego okolice, kawałek naszej drogi przechodził właśnie przez Nevadę.

Zaparkowaliśmy, popatrzyliśmy, posiedzieliśmy i to by było na tyle. Nie zrobiliśmy żadnego research’u, dlatego nie wiedzieliśmy za bardzo co tam robić. Zdecydowanie było za zimno na kąpiele.

Lake Tahoe

Zebraliśmy się i poszliśmy na szybkie zakupy do Safeway. Mała dygresja, wiele cen w Safeway jest niższych, jeżeli posiada się ich kartę stałego klienta. Żeby ją dostać, wcale nie trzeba być regularnym odwiedzającym, wystarczy poprosić o nią pracownika sklepu, który wyda ją bez żadnego problemu. Zawsze jakiś sposób na zaoszczędzenie paru dolców.

Jedziemy dalej

Naszym kolejnym celem do zobaczenia, była Glass Beach – szklana plaża. Do wybrzeża mieliśmy jednak spory kawałek, dlatego zaplanowaliśmy sobie nocleg po drodze.

Myśleliśmy, żeby zatrzymać się w Sacramento, ale gigantyczny korek, w którym utknęliśmy w pobliżu tego miasta, solidnie nas do tego zniechęcił. Ale Sacramento ma fajne miejsca. Prawie 10 lat temu, gdy podróżowałam jeszcze z rodzicami, udało się nam trafić na jakiś westernowy event. Miasto posiada dzielnicę z czasów gorączki złota, która tamtego dnia była pełna kowbojów i osób ubranych w dawne stroje. Na ulicach odgrywały się scenki strzelanin, awantur saloonowych, a obok stał parowóz. Cała impreza nazywa się chyba Gold Rush Days, ale nie jestem pewna.

Tego dnia, jedynie co zobaczyliśmy w Sacramento, to ich Walmart xD . Jesteśmy fanami Walmart 😛 .

Cowboy Camp BLM

Udało się nam znaleźć darmowy camping <3 . Cowboy Camp BLM. Jak kowboje, to konie i faktycznie konia szło tam wyczuć. Bardzo fajna miejscówka! Pięknie położona i tak dalej. Dosyć spory teren, ale nie wszędzie da się rozłożyć z namiotem, bo na ziemi walają się jakieś takie kłujące kulki/pyłki/igiełki. Nie mam pojęcia co to, ale wbijały się nam w podeszwy i niestety w nasz dmuchany materac 🙁 .

Znajdują się tam trzy albo cztery kible, typu dziura w ziemi. Pare stołów piknikowych i parę palenisk.

W tej części Kalifornii, noce były już ciepłe, więc mogliśmy wykorzystać siatkowy dach naszego namiotu, przez który było widać pięknie gwiazdy. I dobrze, przynajmniej było co robić, bo w nocy uaktywniło się jakieś ptactwo, które tak skrzeczało i jazgotało, że trochę zajęło przyzwyczajenie się do tego krzyku, żeby zasnąć. Co ciekawe w ciągu dnia było cichutko.

Z rana, z deczka niewyspani, obudziliśmy na totalnie odpowietrzonym materacu. Potem Andy nadepnął jeszcze na osę, która uraczyła jego stopę żądłem i tak sobie pojechaliśmy trochę stratni, trochę poturbowani dalej. Ale co darmowy camping, to darmowy camping. Nie można narzekać!

Cowboy Camp BLM
Nasz Camping

Glass Beach – Szklana Plaża

Do Glass Beach mieliśmy jakieś 115 mil. Gdy tam dotarliśmy, mieliśmy niemały problem ze znalezieniem szklanej plaży. Na zdjęciach z internetu, miejsce wyglądało tak spektakularnie, że myśleliśmy, że od razu je zobaczymy. A już na pewno byliśmy pewni, że będą jakieś znaki, kierujące do tej plaży. Nic bardziej mylnego. Trochę nam zajęło jej zlokalizowanie, ale nic nie szkodzi, bo przynajmniej przeszliśmy się po nabrzeżu, które jest bardzo ładne.

Fort Bragg - nabrzeże, okolice Glass Beach

Gdy zbliżaliśmy się do miejsca, które mapa wskazywała jako Glass Beach, na naszej drodze stanął metalowy płot, uniemożliwiający kontynuowanie ścieżki. Tabliczka informowała o zakazie wstępu, a z tablicy informacyjnej wynikało, że właśnie za tym płotem mieści się Glass Beach, dla której nadrobiliśmy conajmniej 100 mil…

Glass Beach - wejście (płot)

Dlaczego takie zakazy? Glass Beach słynie z tego, że składa się ona w dużej mierze ze szkiełek obrobionych przez wodę. Niegdyś (na początku XX wieku), ludzie zrobili sobie tam wysypisko śmieci, stąd ten “fenomen”. Najpierw znosili tam śmieci, teraz ochoczo je z tamtąd wynoszą. Odwiedzający lubili zabrać sobie kawałek plaży ze sobą, a że miejscówka stawała się coraz bardziej popularna, to chętnych na pamiątkę było coraz więcej. W efekcie plażę zamknięto, żeby ograniczyć tego typu praktyki…

Andy tak łatwo się nie poddał i przeszedł do plaży skarpami od boku. Oczywiście nic nie zabrał, bo po co. Takie obrobione szkiełka spokojnie znajdziemy i na naszych polskich plażach. Oczywiście, nie w takich ilościach, ale jak coś to zapraszam nad polskie morze. 😀

Glass Beach widok z góry
Glass Beach – z góry plaża wygląda na zwykłą
Glass Beach
Glass Beach

Reasumując, atrakcja trochę nieudana. Posiadając obecną wiedzę, ponownie tej miejscówki, na naszą listę bym nie wpisała. Ale co tam, to normalna sprawa. Nie wszystko musi się podobać i nie wszędzie zawsze udaje się dotrzeć. Jedziemy dalej!

Mendocino

Ze względu na brak dalszych planów na ten dzień, wybraliśmy się do Mendocinio. Nadmorska, urokliwa mała miejscowość. Nie jest to jakieś must see, ale jeżeli nie ma co robić, to można się tam kopsnąć. Przyznam szczerze, że nie takiej pogody się spodziewałam. Wrzuciłam całą Kalifornię do jednego wora i spodziewałam się wszędzie ładnej pogody. O tym, że nie ma tak łatwo, przekonało mnie wcześniej Yosemite, no i okolice Lake Tahoe. Teraz, na listę zimniejszych miejsc, na pewno muszę wrzucić wrześniowe, północne wybrzeże Kalifornii – zimnawo i na dodatek wietrznie! Ciężko na dłuższą metę było bez długiego rękawa.

Mendocino
Mendocino beach i ja
Plaża w Mendocino

Mroczny Camping

Tego dnia trochę nam zajęło znalezienie campingu. W okolicy nie było żadnych darmowych, musieliśmy więc znaleźć sobie jakiś w przyzwoitej cenie… niestety nad wybrzeżem, nie jest to najłatwiejsza sprawa.

Gdy jechaliśmy w kierunku oceanu, przejeżdżaliśmy przez las Jackson State Forest, wydawało się nam, że były tam jakieś kempowe miejscówki. Postanowiliśmy się cofnąć. Mieliśmy parę skuch, coś co miało camp w nazwie wcale campem nie było i tak dalej. Ale w końcu się udało. Znaleźliśmy camping o nazwie Dunlap Campground. Nie pamiętam dokładnie ile kosztował za noc – paręnaście dolarów.

Oprócz nas, na drugim końcu kempu, rozbita była inna ekipa. Na początku się cieszyłam, bo nie lubię, gdy jesteśmy sami, ale potem zaczęli wzbudzać podejrzenia. Przyjeżdżali do nich goście, którzy mijając nasze pole, ZA BARDZO (w moim odczuciu) się nam przyglądali. I wgl co to za motyw, że tyle ich aut tam odwiedza.

Ogólnie sam las był dość mhroczny. Caming znajdował się w samym środku Jackson State Forest, więc zalesienie i dostęp do światła z nieba był trochę ograniczony. Plus moja wyobraźnia tak pracowała, że wydawało mi się, że jest ciemniej niż jest. Ale nic nie mówiłam, bo wiem, że mam skłonności do przesadzania 😛 .

Ściemniło się dosyć szybko, rozpaliliśmy jeszcze małe ognisko i wgramoliliśmy się do namiotu spać… Było cieeeeeemno. Sami w środku lasu, z jakąś podejrzaną grupką. A w lesie, jak to w lesie, co chwile jakieś trzaski i odgłosy. Świerszcze rytmicznie wybijały rytm swoim cykaniem, który przypominał muzykę z filmów grozy.

Uciekamy 😛

W związku z potrzebą pokrzepienia i usłyszenia, że moje obawy są rozdmuchane, poinformowałam Andiego, że chyba tu nie zasnę, bo jest zbyt strasznie. I zamiast usłyszeć, “co się babo znowu nakręcasz”, Andy tylko przyznał “Trochę creepy, nie? Co robimy?”. Takiej odpowiedzi się nie spodziewałam i tylko utwierdziłam się w moich obawach. Trochę się zastanawialiśmy, co mamy z tym fantem zrobić. No bo wiedzieliśmy, że myśląc racjonalnie, to raczej nic nam tam nie grozi i że to głowa nam płata takie figle. Ale z drugiej strony, na grzyba mamy tu spać, skoro i tak nie zaśniemy.

Postanowiliśmy więc się zmyć. Przy otwieraniu namiotu, wyglądałam tylko, czy nie ma wokoło nas ułożonych jakiś stosów kamieni, albo patyków jak w Blair Witch Project :P. Spakowaliśmy manatki i pojechaliśmy w długą. Zła atmosfera była tam tej nocy, oj zła. 😛

Szukaliśmy trochę noclegu, ale na próżno. Gdzieś wyczytaliśmy, że zwykle na parkingach Walmart można się przekimać, ale niestety nie na tym, który sobie wybraliśmy. Przy okazji byliśmy tam świadkami transakcji narkotykowej. 10 metrów od nas, stał ziomek, który ewidentnie mieszkał w swoim samochodzie. Potem podjechał nagle wypasiony samochód, czymś się tam wymienili, po czym szybko odjechali. My też niedługo potem musieliśmy opuścić parking, bo nas pan parkingowy przegonił.

Tej nocy pierwszy raz spaliśmy w samochodzie (nie licząc burzowej nocy w Joshua Tree). Znaleźliśmy sobie jakiś duży kawałek pobocza przy drodze i poszliśmy w kimę. Źle nie było!

Share

1 Response

  1. 13 grudnia, 2019

    […] się gdzieś na poboczu, bo jak wiecie z poprzedniego posta, złapaliśmy cykora na kempie, na którym początkowo się rozbiliśmy. No i to poskutkowało […]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *