“Disneyland w Kalifornii – zwiedzanie” WPK cz. 22

Disneyland w Kalifornii
Mamy jakieś dzieci na pokładzie? Nie? To nic nie szkodzi, bo Disneyland w Kalifornii, gości więcej dorosłych, niż dzieci (a przynajmniej kiedy ja tam byłam 😛 ). I wcale mnie to nie dziwi, bo to my, dzieciaki lat dziewięćdziesiątych, trafiliśmy na najlepszy okres Disney’owskich bajek. Sentyment do tych czasów jest zdecydowanie widoczny w parkach.

Zwykle mówi się, że Disneyland znajduje się w Los Angeles, ale to nie prawda. Tak właściwie, to mieści się on w miejscowości Anaheim. Jednak biorąc pod uwagę fakt, że LA, to tak naprawdę zlepek wielu miast, to można przyjąć wersję, że Disneyland zbudowano w LA.

Ja jestem ogromnym sentymenciarzem, jeżeli chodzi o bajki i książki z dzieciństwa, więc miejsca takie jak Disneyland, to jest mój jam. Miałam okazję być trzy razy w podparyskim parku, dlatego w tym poście, pozwolę sobie na trochę porównań. A wierzcie mi, jest co porównywać. Do dzieła!

Disneyland w Kalifornii – trochę historii

Disneyland w Kalifornii, to najstarszy Disneyland na świecie (a jest ich, póki co, 6 na Ziemi). Park otworzono w 1955 roku i jest to jedyny Disneyland, w którym sam Walt Disney postawił nogę. Ba! On tam nawet pomieszkiwał, miał apartamencik nad domkiem straży pożarnej, w części Main Street U.S.A. Na początku znajdowało się tam 20 atrakcji i cały park podzielony był na 5 tematycznych obszarów (teraz jest ich 9). Co ciekawe, zamek Śpiącej Królewny w tym parku, to właśnie ten zamek, który widzimy podczas animacji rozpoczynającej każdy film Disney’a.

Disneyland w Kalifornii zamek

Moja wizyta w parku

Pomieszam trochę opis przebiegu naszej wizyt w parku, z informacjami praktycznymi. Tak chyba będzie najporządniej i najprzejrzyściej. A więc, co jest najważniejsze, żeby wejść do Disneyland’u?

BILETY

Bilety można kupić, na stronie internetowej albo przy wejściu do parku. Zdecydowanie polecam kupienie ich przez internet, ze względu na tłumy przy wejściu. Niestety, w cenie nie ma różnicy, jest taka sama. Disneyland w Kalifornii składa się z dwóch parków – Disneyland Park oraz Disney California Adventure Park. My poszliśmy do tego pierwszego. Można natomiast kupić bilet, który daje wstęp do obu parków.

Ceny biletów różnią się ze względu na sezon, dzień i ilość dni które chcemy spędzić w parku. Disneyland podzielił okresy na szczyt sezonu, sezon umiarkowany i sezon niski. My kupiliśmy bilety jednodniowe, w sezonie umiarkowanym i zapłaciliśmy 129 dolców, plus podatek.

Biletów nie kupuje się na konkretny dzień, tylko na konkretny sezon. Jeżeli więc kupi się najtańszy bilet, na sezon niski, to można go wykorzystać w dowolny dzień, byle to był dzień w niskim sezonie. Ma to spore wady, ale o tym zaraz.

DOJAZD

Jeżeli chodzi o dojazd, to niestety nie posiadam eksperckiej wiedzy. My mieliśmy wynajęte lokum Airbnb w Anaheim, więc jedynie co zrobiliśmy, to podjechaliśmy na jakąś uliczkę, około kilometr od wejścia i przyparkowaliśmy za darmo. Disneyland w Kalifornii oferuje parking, który kosztuje $25 za dzień. Transport miejski to jakaś czarna magia i raczej nie ma dobrych rozwiązań na większą skalę. Ale się nie znam.

Park otwierają o godzinie 8.00. A raczej atrakcje zaczynają działać od 8.00, wejść chyba można z godzinę wcześniej. My trafiliśmy tam przed godziną ósmą i zobaczyliśmy dzikie tłumy ludzi na głównym placu. Zdziwiłam się trochę, bo w Paryżu, też byłam chwilę przed otwarciem i aż takiej tragedii nie było. No, ale to Disneyland, wszystko jest możliwe.

AHA! Muszę nadmienić, że Disneyland odwiedziłam w poniedziałek, ostatniego dnia września. Więc dzieci powinny już dawno siedzieć w szkole xD

Wejścia do obu parków (Disneyland i Disney California Adventure), są na przeciwko siebie, co sprawia, że jest tam naprawdę bardzo dużo ludzi. Całe szczęście, kolejkowanie idzie w miarę szybko, po 15 minutach wymieniliśmy nasz drukowany bilet na tekturowy kartonik i weszliśmy! Trafiliśmy na okres Halloween’owy, więc wejście, jak i cały park, przystrojono w odpowiedni sposób.

Disneyland w Kalifornii - wejscie,bramki

Disneyland w Kalifornii! Nadchodzę! 

No i tu trzeba obrać taktykę… Gdzie iść najpierw, jaką atrakcję zaliczyć w pierwszej kolejności… Decyzje, decyzje, decyzje. Ja plan na pierwsze godziny miałam – obskoczyć najbardziej oblegane atrakcje, zanim uformują się do nich 2-godzinne kolejki.

Aby wiedzieć co jest najbardziej oblegane, ściągnęłam sobie na telefon aplikację Disneyland’u. Jest tam m.in. mapa całego parku, wraz z na bieżąco aktualizowaną informacją, ile czasu trzeba kolejkować do danej atrakcji. Dzień przed moją wizytą w Disneylandzie, obczaiłam sobie czasy kolejek w godzinach szczytu i na tej podstawie wybrałam sobie, co odwiedzę najpierw. Bardzo polecam tę aplikację, bo mapka z GPS’em jest bardzo przydatna. Zawiera ona też informacje o różnych wydarzeniach, które odbywają się na terenie parku – przedstawienia, spotkania z bohaterami bajek, pokazy itp. Można też sobie ustawić różne powiadomienia, np. jeżeli czas kolejkowania na wybraną przez ciebie atrakcje spadnie do preferowanego przez ciebie czasu (np. 20 minut), to wtedy apka daje Ci o tym znać.

ZALICZ JE WSZYSTKIE!

Tak jak wspomniałam, moim planem było zaliczyć najbardziej oblegane atrakcje w pierwszej kolejności, a potem czas na “spokojne” zwiedzanie.

Pierwszy na ruszt wskoczył rollercoaster Space Mountain, utrzymany w klimacie Gwiezdnych Wojen. Zmierzając ku niemu, w parku nie było jeszcze za dużo ludzi. Nie kolejkowaliśmy, od razu wskoczyliśmy do wagonika. Bardzo mi się podobało, jedzie się głównie w ciemności, przejażdżka imituje sytuację jakbyśmy latali samolotem i walczyli z Imperium.

Kolejny przystanek, to zdecydowany kolejkowy rekordzista – Matterhorn Bobsleds. Do tej atrakcji kolejki są największe. Wygląd przejażdżki robi wrażenie, jak sama nazwa wskazuje, jest to góra, utrzymana w klimacie Yeti. Mi osobiście się ona nie podobała, trochę czułam się “wyszarpana”, wiadomo, o to m.in. chodzi w tej zabawie, ale tu było mi trochę nieprzyjemne. W kolejce czekałam ok. 5 min.

Następna atrakcja do zaliczenia na szybko, póki nie ma kolejek, to Big Thunder Mountain Railroad. Utrzymana w westernowym klimacie, kolejka górska. Fajna! Czekaliśmy też z 5 min.

Kolejna i ostatnia w “maratonie na szybko”, była atrakcja o nazwie Splash Mountain. Wodna atrakcja, wychodzi się trochę mokrym, zwłaszcza jak się siedzi na przedzie. Tu już poczekaliśmy z 20 minut. Tak się nam spodobało, że chcieliśmy przejechać się jeszcze raz. Aby nie stać później w długiej kolejce, postanowiliśmy zażyczyć sobie fast passa, którego mogliśmy wykorzystać za dwie godziny… Zdjęcie poniżej, zrobione właśnie na tej przejażdżce 😀 Andy zapozował (dwójka w tyle to my) 😛

FAST PASS

Kolejki da się trochę zahakować. Można zainwestować w bilet z fast passem, ale nie do końca wiem jak to działa. Można też na normalnym bilecie, wykorzystać fast passowe dystrybutory.

Większość najbardziej obleganych przejażdżek, ma osobną kolejkę, w której czas oczekiwania, jest zdecydowanie krótszy. Aby z niej korzystać, trzeba mieć tzw. fast pass’a. Żeby go zdobyć, należy w pobliżu danej atrakcji, znaleźć dystrybutory, które wydają fast pass’y na tę atrakcję Trzeba zeskanować nasz bilet, wtedy owy dystrybutor, przypisuje do naszego biletu szybką wejściówkę, przy okazji drukując kartonik z informacją w jakim przedziale godzinowym, owego fast pass’a można wykorzystać. Przykładowo, skanujemy nasz bilet około 10.00, a bilecik wydrukowany przez dystrybutor, informuje, że nasz fast pass będzie ważny w godzinach 12.00-13.00. W tym przedziale czasowym należy się pojawić i skorzystać z szybkiej kolejki.

ZWIEDZANIE NA SPOKOJNIE 

Nie wiem, czy Disneyland w Kalifornii da się zwiedzać na spokojnie, ale my po szybkim zaliczeniu paru atrakcji, postanowiliśmy wychillować i wrócić na początek.

Main Street U.S.A

Disneyland w Kalifornii, zaraz po przekroczeniu jego bram, wita nas imitacją ulicy amerykańskiego miasteczka. Podobnie jest w Paryżu! W Kali, ta część parku nazywa się Main Street U.S.A. Główne atrakcje to sklepy, sklepy i jeszcze raz sklepy (plus jakieś wystawy). Planowałam kupić opaskę z uszami Myszki Miki, aby jeszcze bardziej wczuć się w klimat, jednak 25 dolców (plus podatek), uznałam za grubą przesadę. Chyba nie muszę mówić, że ceny wszystkiego są tam dosyć przesadzone, ale bez tragedii. Zwłaszcza jak zarabia się w dolarach. Przeliczanie na złotówki, to inna historia XD Całe szczęście już się odzwyczaiłam od tego.

Po przejściu Main Street U.S.A., ląduje się na dużym placu, nad którym góruje zamek Śpiącej Królewny. Ponownie, tak samo jak w Paryżu (tylko zamek inny). Co więcej! Po prawej stronie (patrząc na zamek) znajduje się identyczna karuzela – Astro Orbitor, co we Francji. Układ obu parków jest bardzo podoby. Po prawej Tomorrowland, a po lewej Frontierland i Adventureland.

Disneyland w Kalifornii zamek i ja

Frontierland i Adventureland

Skręcamy w lewo. W Frontierland panuje westernowy klimat. Jest tam jedna atrakcja, którą zaliczyliśmy na początku, więc po krótkim oblookaniu, ruszyliśmy ku Adentureland. Część przypominająca dżungle. Indiana Jones, Tarzan i Piraci z Karaibów, to główni “sponsorzy” tego obszaru. Ludzi z kwadransa na kwadrans coraz więcej. Ustawiliśmy się do 30-minutowej kolejki do przejażdżki Indiana Jones Adventure. Nikt nie lubi kolejkować, ale Disneyland stara się ten bezczynny czas urozmaicić. Zwykle stojąc w wężyku do atrakcji, jest na co popatrzeć. Dookoła porozstawiane są różne rekwizyty, specjalnie budują pomieszczenia kolejkowe przyozdabiając je stosownie do tematyki atrakcji itp. Disneyland jest wymuskany. Wszystko ma swoje miejsce, jest pięknie i efektywnie zrobione. Kurczę, nawet kible są tematycznie dostosowane do obszaru, w którym się znajdują.

Przejażdżka z Indianą bardzo mi się podobała, rekwizyty robią wrażenie, jest mhrocznie i zaskakująco. Polecam – Ola Z. Potem poszliśmy do domku na drzewie Tarzana. Atrakcja bez kolejki, po prostu się chodzi w górze, między drzewami, przy okazji oglądając znane sceny z bajki.

Kolejna przejażdżka to ta o tematyce Piratów z Karaibów – taka sama jest w Paryżu. Wodna atrakcja, płynie się łódką i poznaje się świat z filmów.

New Orlean’s Square

Po wyjściu z Piratów z Karaibów trafia się do Nowego Orleanu. Ta część robi wrażenie! Wąskie, klimatyczne uliczki, sklepy i knajpy. Gdzieś skrzypek gra w oddali. Znajduje się tam ukryta restauracja, o nazwie Club 33, do której mają wstęp tylko “vip’owie”. Żeby się tam dostać trzeba mieć członkostwo, które kosztuje około 25 000 dolców rocznie… Także ten… ludzie serio czasem nie wiedzą na co wydawać kasę xD

Trochę dalej, za Nowym Orleanem, znajduje się dom strachów – Haunted Mansion. Identyko jest w Paryżu. Ze względu na to, że trafiliśmy tam w okresie Halloween’owym, to wnętrze atrakcji zmieniło wystrój na The Nightmare Before Christmas. Pomimo, że lubię ten film, to wolę jednak tradycyjny wystrój tej przejażdżki. Ten nowy, nie był ani trochę straszny… wręcz festyniarski!

Critter Coutry

To tu znajduje się atrakcja, na którą postanowiliśmy wybrać się po raz drugi – Splash Mountain. Czas oczekiwania 50 minut. Jedak z fast passem uwinęliśmy się w mniej niż 10 min. W tym momencie zaczęłam zauważać, ile osób znajduje się w tym parku. Spacer pomiędzy atrakcjami, nie odbywał się płynnym krokiem. Szło się w tłumie, skacząc z boku na bok, aby kogoś wyprzedzić. Zgłodnieliśmy, chcieliśmy skoczyć do jakiegoś baru po małe co nieco i zastaliśmy kolejki, prawie takie jak do atrakcji. Do prawie każdej większej knajpy. Czegoś takiego w Paryżu nie doświadczyłam. Nie miało to większego sensu, szkoda czasu, zainwestowaliśmy w popcorn za 5 dolców (po niego też odczekaliśmy 5 minut).

Z godziny na godzinę, tłum był coraz bardziej uciążliwy i byliśmy po prostu zmęczeni. Nie wyobrażam sobie, co tam się musi dziać w szczycie sezonu, kiedy dzieciaki mają wakacje i jest weekend. Najgorsze jest to, że ilość osób, które przyjdą do parku danego dnia, jest nie do przewidzenia. Dzieje się tak, bo jak wspominałam, Disneyland, nie sprzedaje biletów na konkretny dzień, tylko na konkretny sezon. Więc przyjść sobie można kiedykolwiek, byle wpasować się w dzień w konkretnym sezonie (np. weekend to jest wysoki sezon, a pon-środa średni). Pamiętam, że w Paryżu byłam w sierpniu, w sobotę, więc wydawać się może, że najgorszy czas, ale ilość ludzi była o wiele, wiele mniejsza niż ta w Kali.

No dobra, ale idziemy dalej!

Star Wars: Galaxy’s Edge

Na mnie zrobiło duże wrażenie! Całkiem spory obszar, imitujący planetę Batuu. Jest super! Wszystko dopracowane, nie mogłam się nadziwić. Rekwizyty, cały wystrój, wyglądający na stary i zużyty (to dobrze, tak ma wyglądać). Tę część otworzono na początku 2019 roku, cieszę się, że udało mi się ją zobaczyć. Sklepy z gadżetami z gwiezdnych wojen – kupisz wszystko, od stroju Jedi i miecza świetlnego, po skonstruowanie swojego własnego droida. Po miasteczku przechadzają się stormtrooperzy (ich zbroję też można kupić), którzy pilnują porządku na ulicach. Co jakiś czas upominając przechodniów, wykorzystując popularne stormtrooperskie wypowiedzi z filmów. Czasem nawet próbują aresztować delikwentów XD Tak jak w każdym z obszarów, obsługa parków, jest ubrana odpowiednio do tematyki.

Na całym obszarze porozstawiane są również słynne statki znane z filmów – Millennium Falcon, X-wing Starfighter, Landspeeder i statek First Order.

Millenium Falcon: Smugglers Run

W 2019, Galaxy’s Edge miało jedną przejażdżkę – Millenium Falcon: Smugglers Run, teraz jest ich chyba dwie. Będąc tam około południa, czas oczekiwania w kolejce wynosił około półtorej godziny. Nie pasował nam taki układ i postanowiliśmy poczekać. Słaby ugraliśmy deal, bo koło godziny osiemnastej, kolejka skróciła się do godziny. No trudno.

Przejażdżka inna niż wszystkie, ponieważ mieliśmy nad nią kontrolę! Po odczekaniu swojego w kolejce, byliśmy podzieleni na 6-osobowe zespoły. Każda osoba musiała wylosować kartę, która informowała, jaka będzie nasza rola w rozgrywce. Jak się juz łatwo domyślić, z nazwy atrakcji, mieliśmy zasiąść w statku Millenium Falcon i uciekać przed wrogiem. Role były trzy: 2 pilotów, 2 strzelających i 2 inżynierów (ich zadaniem było na bieżąco naprawianie poniesionych szkód. Ja i Andy wylosowaliśmy pilotów. I nieskromnie mówiąc, to była chyba najlepsza rola. Zasiedliśmy za kokpitem. Moją rolą było skręcanie w prawo albo w lewo, plus przyciskanie jakichś przycisków, a Andy odpowiadał za sterowanie góra dół i za skok w nadprzestrzeń.

Zabawa niesamowita. Miało się totalnie wrażenie, że się tym samolotem leci. Idealnie dopasowany ekran, wstrząsy, błyski. Kontrolery, jak to w samolocie, bardzo czujne. W pewnym momencie nie mogłam ustabilizować prosto lotu, tylko w kółko skręcałam prawo, lewo, co wywoływało dodatkowe wstrząsy i efekt pijaka xD Mistrzostwo świata! Gdyby nie kolejka, poszłabym jeszcze raz. Niestety do tej atrakcji nie ma fast passa, więc nie ma mowy o przeskoczeniu kolejki. Jest za to osobna kolejka dla osób w pojedynkę, ale my nie skorzystaliśmy.   

Fantasy Land i Mickey’s Toontown

To obszary bardzo bajkowe i kolorowe, ale skierowane głównie w kierunku młodszej publiczności. Typowo dziecięce karuzele i przejażdżki w klimacie różnych bajek. Te drugie nadają się nawet i dla dorosłych, ale kolejki były okropnie długie i nam aż tak bardzo nie zależało. W Toontown znajdują się domki najbardziej klasycznych bohaterów Disney’a – Myszki Miki, Myszki Mini, czy Pluta. Można w nich zrobić sobie zdjęcie z ulubionymi charakterami. Ja tam kupiłam sobie pizzę ( w Daisy’s Dinner), bo o dziwo, kolejkowało raptem 5 osób.

Potem skierowaliśmy się ku krainie Tomorrowland. Po drodze zaliczyliśmy identyczną atrakcję, jaka jest w Paryżu – It’s a Small World. Laleczki przyodziane w stroje narodowe wielu krajów i śpiewające w kółko jedną piosenkę, a ty sobie siedzisz w łódce i oglądasz. Polskiego akcentu nie widziałam.

Tomorrowland

Czyli nowoczesna kraina, prosto z jutra. Najpierw wybraliśmy się do Star Tours – kolejna atrakcja inspirowana gwiezdnymi wojnami. Siedzimy w statku, który przez przypadek jest kierowany przez C-3PO. Więc można się domyślić jak to wyglądało 🙂 Atrakcja bardzo fajna, w pewnym momencie Kylo Ren przechwycił nasz statek siłą swojej mocy i nas trochę wytrząsł – niezłe! Staliśmy w kolejce z 40min.

Kolejna przejażdżka, jaką rzuciliśmy na ruszt, była Buzz Lightyear Astro Blasters. Siedzieliśmy w wagoniku i strzelaliśmy pistoletem, we wszystko co miało czerwony znaczek. Licznik naliczał nam trafione strzały. Niestety przegrałam z kretesem z Andym. Atrakcja z bajki Toy Story. To nie jest typowe must see, ale ja uwielbiam Toy Story, więc się jarałam.

Z braku laku, powędrowaliśmy do atrakcji Finding Nemo Submarine Voyage. Tak jak sama nazwa wskazuje, wchodzi się do wodzi podwodnej i szuka Nemo. Jest tam pare łodzi podwodnych, które kursują w kółko basenu. Świetna atrakcja! Zaskakująca! Myślałam, że będziemy sobie tam siedzieć i oglądać rybki, a było dużo dramatu i efektów specjalnych!

Pokazy wieczorne

Potem skoczyłam sobie jeszcze raz na Space Mountain, bo ogarnęłam sobie fast pass’a. Później przyszło nam czekać na finał dnia. Czyli pokazy na placu głównym, przy zamku. Trafiliśmy akurat na halloween’owy pokaz świetlny na zamku. Fajny. W weekend, Disneyland w Kalifornii, strzela jeszcze fajerwerki. Potem była parada – bohaterzy najpopularniejszych bajek, przemierzają na różnych oświetlonych światełkami konstrukcjach, Main Street U.S.A.

Park tego dnia, był otwarty chyba do 10, ale my koło 9 zdecydowaliśmy się ewakuować. Naprawdę, te tłumy nieźle męczą człowieka, bo wcześniej byłam pewna, że wyjdę z tamtąd jako ostatnia XD

Co ciekawe, to że park zamykają np. o 10, nie oznacza, że nagle wszystko gaśnie i ludzie są wyganiani. To oznacza, że do 10 godziny możesz dołączyć do kolejki do atrakcji. A to, że kolejka trwa np. godzinę to już nie szkodzi. Dzięki temu, można siedzieć w parku, jeszcze długo po oficjalnym zamknięciu. Dla gości fajnie, ale dla personelu, chyba nie do końca xD. Chociaż nie powiem! Chciałabym popracować w Disneylandzie. Jak to fajnie musi wyglądać w CV. 😀

A co do informacji praktycznych, na koniec. Jedzenie i napoje można wnieść swoje, byle nie było nic w szkle. Później też obczaiłam, że jadłodajnie w Tomorrowland w Alien Pizza Planet, też wcale nie ma takich grubych kolejek.

Na zakończenie…

Jeżeli miałabym wybrać, który Disneyland preferuję, to chyba Disneyland w Kalifornii byłby na przegranej pozycji. Jedyną przesłanką, aby jednak postawić na Disneyland w Kalifornii, to Galaxy’s Edge. Tłumy tam panujące jednak tak mnie wymęczyły, że gdybym była ponownie w LA, to już bym tam nie chciała iść. A do Paryża, a i owszem. Niemniej jednak, Disneyland robi wrażenie. Wszystko jest perfekcyjnie przygotowane. Efekty specjalne zadziwiają, czasem nawet aż można się zaskoczyć, że coś takiego wgl jest możliwe. Ilość pracy włożona w przygotowanie całego parku i w zaprojektowanie atrakcji jest ciężka do wyobrażenia. Uważam, że każdy powinien się tam wybrać (obojętnie jaki Disneyland), nawet jeżeli nie lubi Disney’a, ani karuzel.

Jeżeli chodzi o same atrakcje, nie są one jakoś mocno hardkorowe, więc nie ma się czego obawiać. Zdecydowanie polecam parki Six Flags, jeżeli ktoś lubi popiszczeć i podrzeć buzię, podczas emocjonalnych zjazdów 🙂 .

Share

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *