Kontrola na lotnisku w Nowej Zelandii

Kontrola na lotnisku w Nowej Zelandii
Przyznam od razu na wstępie, że nigdy nie czułam się tak „przetrzepana” na lotnisku, jak w NZ. Ludzie najczęściej obawiają się tego procederu w USA (o nim możecie przeczytać tutaj), ale Stany, to mały pikuś w porównaniu z tym, jak wygląda kontrola na lotnisku w Nowej Zelandii. Opiszę to w tym poście oraz opowiem, jak wyglądała moja podróż do kraju długiej chmury…

Do Nowej Zelandii wybierałam się z wizą pracowniczą typu Partner Of A New Zealander Visa. Warto zaznaczyć, że otrzymałam ją dopiero 2 tygodnie przed moim wylotem do NZ. Zanim mi ją przyznano, z oczywistych względów, zaczęłam się trochę stresować, bo bez tej wizy, w NZ mogłabym siedzieć turystycznie jedynie 3 miesiące. Zaczęłam wtedy szperać po forach, aby dowiedzieć się, ile inni ludzie czekali na zatwierdzenie swojej wizy (około 3 miechy). Przy okazji doczytałam się, że bez wizy w kieszeni, nie wpuszczą mnie na pokład samolotu, jeżeli nie mam biletu powrotnego. Ja biletu nie miałam, bo nie wiedziałam kiedy będę wracać. Ups!

Oczywiście, jak to zawsze bywa, byli tacy, którzy biletu powrotnego nie mieli i bez problemu dolecieli do NZ. Ale była też niepokojąco duża grupa osób, która została sprawdzona pod tym względem. O bilet powrotny mogą zapytać na każdym etapie podróży – jeszcze w Polsce, na lotnisku przesiadkowym albo gdy odbywa się kontrola na lotnisku w Nowej Zelandii. Nie miałam za bardzo ochoty ryzykować. Wyczytałam też, że nie musi być to koniecznie bilet do kraju, z którego się wylatywało. Wystarczy taki, w którym po prostu opuszczamy granice NZ.

W ten oto sposób, stałam się posiadaczem biletu do Australii za 200 złotych 😀 .Wyrobiłam sobie przy okazji australijską wizę, żeby się nie mieli do czego doczepić. Nic nie kosztowała i czekałam na nią kilka minut.

Parę dni później, otrzymałam nowozelandzką wizę pracowniczą… Kupno biletu do Australii, nie było jednak taką zmarnowaną inwestycją, bo podobno, ci co mieli wizę pracowniczą, również czasem byli pytani o bilety powrotne… Także kupiłam sobie spokój ducha 😀 .

Na lotnisku w Polsce

Plan mojej podróży wyglądał tak:

Gdańsk – Kopenhaga – Singapur – Auckland. 

Online mogłam odprawić się tylko na dwa pierwsze loty (do Kopenhagi i Singapuru), ale do Auckland już nie. Do miejsca docelowego musiała mnie odprawić pani na lotnisku, ponieważ wymagało to weryfikacji mojej wizy oraz podania jej numeru. Oni wszystko mają w systemie! Niesamowite!

Oczywiście, żeby wpuszczono pasażera na pokład samolotu, trzeba posiadać również autoryzację NZETA (jakieś 40 kilka dolców nowozelandzkich). Podobno przez to, że miałam wizę, to wcale NZETA nie potrzebowałam… ale po co ryzykować 😛 NZETA ważna jest przez dwa lata.

Na lotnisku w Kopenhadze

Pierwsze koty za płoty. W Gdańsku dostałam bilet na całą podróż. Myślałam, że jedynie gdzie się mogą jeszcze ewentualnie do mnie przyczepić, to kiedy będzie się odbywać kontrola na lotnisku w Nowej Zelandii. W Danii miałam dwie godziny postoju. Podczas boardingu, gdy zeskanowałam swój bilet, zamiast zielonego światełka i wesołego dźwięku, zapaliła się czerwona lampka i przy akompaniamencie nieprzyjemnego sygnału. – Pani pójdzie za mną.

Zostałam odesłana do pobliskiego kontuaru. Podałam paszport i bilet. Pan coś tam poklikał szybko na komputerze… Wize pani ma? – Mam, pokazać? – Nie. Znowu coś poklikał… Bilet powrotny pani ma? – Mam… Oddał mi bilet oraz paszport i powiedział, że mogę iść. Tym razem bramka zaświeciła się na zielono.

Także tak to wygląda. Spytali o bilet powrotny? Spytali… A osoby z wizą niby mieli nie pytać. Co więcej, na wydruku mojej wizy jest napisane jak byk: „Return/onward ticket not required” (bilet powrotny niewymagany). Z nimi to nigdy nie wiadomo. Niby wszystko na tzw. „gębę”, bo nie chcieli zobaczyć mojego biletu powrotnego, ale co się człowiek może najeść stresu, to jego.

Kontrola na lotnisku w Nowej Zelandii

W Singapurze

W Singapurze miałam, aż 15-godzinną przesiadkę, podczas której, wyskoczyłam sobie na „miasto”. O przebiegu mojego zwiedzanka, możecie przeczytać w tym wpisie.

Na lotnisku Changi (singapurskie lotnisko), nikt się mnie o nic nie pytał i żadne czerwone światełka nie zapaliły się na mój widok. Spoko luz.

Kontrola na lotnisku w Nowej Zelandii

Podczas lotu rozdano nam deklaracje, które należało wypełnić, a potem oddać odpowiedniemu urzędnikowi na lotnisku. Pytania głównie dotyczyły tego, co przywozimy ze sobą do Nowej Zelki. Trzeba zdeklarować jedzenie, leki, sprzęt turystyczny itp. Przykładową deklarację zamieszczam poniżej. (to nie moja, tylko Andiego)

Kontrola na lotnisku w Nowej Zelandii deklaracja

Trochę się wcześniej naczytałam, że się tam nie patyczkują i faktycznie trzeba sumiennie wypełnić ten świstek, o ile nie chce się mieć kłopotów i szczuplejszego portfela. Zdeklarowałam, że przywożę jedzenie, pomimo, że było to parę paczek żelek i 3 chińskie zupki. Jeżeli miało się zapas leków na ponad 3 miechy, też trzeba było o tym poinformować. Ja miałam trochę leków, długo zastanawiałam się, czy to zdeklarować, bo bałam się, że mi coś zabiorą albo, że wpakuję się w niepotrzebne rozmowy (miałam zapas leków na tarczycę). Ale ostatecznie, zgodnie z sumieniem, zaznaczyłam, że wwożę leki. Ze sprzętu turystycznego, miałam buty trekkingowe, które obowiązkowo odhaczyłam. Tyle się naczytałam o czyszczeniu butów przez celników, że wiedziałam, że to obowiązkowy przedmiot do sprawdzenia. Specjalnie zapakowałam buciki na wierzch, żeby mieć do nich łatwy dostęp. Wcześniej je też dokładnie wymyłam. Nowozelandczycy bardzo dbają o swoją przyrodę i nie chcą abyśmy naznosili im jakiś bakterii i innych syfów :p

Po wyjściu z samolotu i po długim spacerze lotniskowymi korytarzami, doszłam do sali, w której sprawdzają paszporty – kontrola na lotnisku w Nowej Zelandii, czas start!

Kontrola paszportowa

Obywatele NZ, nowozelandzcy rezydenci i obywatele narodów wybranych (np. Niemcy, Irlandia) na prawo! Reszta plebsu na lewo! Ustawiłam się więc grzecznie w długiej kolejce po lewej stronie, z zazdrością spoglądając na tych po prawej, którzy podchodzili do bramek, skanowali paszport i mieli już kontrolę paszportową z głowy…

W tyle sali znajdowały się druczki z deklaracjami, niektóre były przetłumaczone na inne języki. Dookoła było wiele ekranów z informacjami, aby być uczciwym i zdeklarować wszystko co się da. Jak będziesz kombinować, to licz się z grubą grzywną.

Kontrola na lotnisku w Nowej Zelandii

Kolejka typu wężyk. Stała właściwie w miejscu. Za kontuarem tylko jedna strażniczka odpytywała i sprawdzała paszporty. Postałam tak sobie z 40 minut, powoli przesuwając się do przodu. Przede mną była para z Izraela. Trochę ich maglowali. A dlaczego, a gdzie, a dlaczego właśnie tam, a jaki adres. Nadeszła moja kolej, wręczyłam paszport, położyłam obok wydrukowany dokument z informacjami o wizie. Pani nie zadała mi żadnych pytań, nie spojrzała nawet na ten dokument, wbiła pieczątkę do paszportu i nara. To wszystko? To jest ta straszna kontrola na lotnisku w Nowej Zelandii?!

Zdeklaruj albo płać

Po odebraniu dużego bagażu, myślałam, że to koniec rozrywek. Miałam jednak nadal deklarację, więc pewnie będą coś jeszcze sprawdzać. Kolejny etap kontroli, to sala z prześwietlaczami bagażu.

KAŻDY MA PRZEŚWIETLANY BAGAŻ (DUŻY I PODRĘCZNY)

Sala podzielona jest na tych, co mają coś do zdeklarowania i tych co nie mają. Ci co nie mają, idą prosto do prześwietlaczy. Ci co mają, idą do strażnika, który zadaje pytania na podstawie tego co zaznaczyłeś w deklaracji. Ja zaznaczyłam, że wwożę jedzenie, więc zostałam zapytana co to takiego. Po odpowiedzeniu, że to żelki i zupki w proszku, pani machnęła ptaszek i skreśliła pozycję. Gdy dowiedziała się o butach trekingowych, walnęła jakiegoś innego esa-floresa i kazała mi iść do kolejki dla tych, którzy muszą zostać sprawdzeni.

Absolutnie nie spodziewałam się tego, że będą przy mnie prześwietlać moje bagaże. Zaczęłam robić szybką analizę w głowie, czy jest coś, o czym powinnam jeszcze powiedzieć? Ponownie przeczytałam deklaracje i zauważyłam, że należy zdeklarować przedmioty wykonane z drewna. Przypomniałam sobie, że mam ze sobą drewnianą sowę, wysadzaną bursztynami (prezent dla mamy Andiego). To drewno to raczej taka sklejka… ale co jak znajdą to w bagażu i się doczepią? Plus te bursztyny… może powiedzą, że uprawiam jakieś bursztynowe przemyty… Czy ten skaner jest w stanie wychwycić tę sowę? A co jak o niej powiem i mi ją zabiorą? Tak z pustymi rękami, bez prezentu mam przyjechać? A co jak nie powiem, a skaner ją wychwyci?

Moja wyobraźnie popłynęła już zdecydowanie za daleko xD

Gdy nadeszła moja kolej, ukazał mi się obszar z podłużnymi stołami, przy których stali pasażerowie i pracownicy lotniska, lustrujący bagaże. Mi się trafiła młoda, pani kiwi. Bardzo miła, po zobaczeniu moich butów, spytała, czy je wcześniej wymyłam. Po usłyszeniu twierdzącej odpowiedzi podziękowała i oddała mi je bez dodatkowego czyszczenia. Postanowiłam zaryzykować i spytać o tę sowę. Po wyjęciu ozdoby z pudełka, pani z zachwytem pochyliła się nad sówką pytając, gdzie to kupiłam i czy można kupić takie w necie, bo też by chciała. Przy okazji dowiedziałam się, że sowa jest “absolutely fine” i nie trzeba jej deklarować. Także było miło i przyjemnie.

Podpatrzyłam sobie trochę, co inni przywozili do Nowej Zelki. Telewizory, jakieś sprzęty elektroniczne, ale najwięcej było przedziwnego jedzenia. Pełno Azjatów z pudłami jakiś sosów, dziwnie popakowanych produktów żywnościowych. Nie zazdroszczę pracownikom lotniska, w dochodzeniu do tego, co to wszystko jest. Żelki przy tym to pikuś. Dlatego pewnie nawet ich nie sprawdzają. xD

Na deklaracji miałam jeszcze zaznaczone, że wwożę większe ilości leków (zapas na ponad 3 miechy). W tej sprawie, musiałam udać się do innego stanowiska. Najpierw jednak, musiałam walnąć wszystkie moje bagaże na taśmę i dać je do prześwietlenia. A nuż coś jeszcze znajdą. Siatkę z butami trekingowymi trzymałam w ręku. Wszystko poszło sprawnie i nic u mnie nie znaleźli. Inaczej było z osobami z Indii, które stały przede mną. U nich znaleźli jakieś niezdeklarowane słoje z brązowym jedzeniem.

Potem udałam się do “okienka od leków”. Pan spytał tylko, na co te leki. Zabrał deklarację i powiedział, że mogę iść.

I tak zakończyła się kontrola na lotnisku w Nowej Zelandii. Teraz, jak to czytam, to nie brzmi to tak źle! Ale wtedy, po prawie 44 godzinach w podróży, każda mała przeszkoda rosła do ogromnych rozmiarów i miałam wrażenie, że bardziej już nie mogą męczyć ludzi.

Share

3 komentarze

  1. 28 marca, 2020

    […] nowozelandzkim doświadczeniu, jakim była kontrola na lotnisku, mogliście przeczytać w poprzednim poście, teraz czas na luźniejsze sprawy. Co się u nas działo, dzieje, będzie działo? Jak wyglądało […]

  2. 28 marca, 2020

    […] JEŻELI JESTEŚ CIEKAW, JAK TAKA KONTROLA NA LOTNISKU WYGLĄDA W NOWEJ ZELANDII, TO KLIKNIJ TUTAJ. […]

  3. 28 kwietnia, 2020

    […] JEŻELI INTERESUJE CIĘ JAK WYGLĄDA KONTROLA NA LOTNISKU W NOWEJ ZELANDII – ZAJRZYJ TUTAJ! […]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *