Pierwsze wrażenia z Nowej Zelandii

wrażenia z Nowej Zelandii
Jestem tu już trzy miesiące, więc czas opisać pierwsze wrażenia z Nowej Zelandii. Jak wszędzie, niektóre rzeczy mi się podobają, a niektóre nie do końca. Wcześniej naczytałam się trochę blogów o Nowej Zelandii, wyrobiłam sobie na ich podstawie mały obrazek tego kraju. Po przyjeździe okazało się, że niektóre fragmenty tego obrazka były trochę przejaskrawione, inne niepokolorowane, ale też wiele fragmentów było całkiem dobrze narysowanych. Teraz wyciągam farby i domaluję swój fragment 🙂 .

Nowa Zelandia, pomimo że położona na końcu świata (przynajmniej z naszej, europejskiej perspektywy), wcale aż tak bardzo się od nas nie różni. Przypomina mi trochę takie Anglio-Stany. Ludzie wyglądają jak Brytyjczycy (prócz Maorysów i osób z Azji), w końcu to oni kolonizowali ten kraj, ale architektura jest dosyć amerykańska.

Ludzie

Zacznijmy od ludzi. Nowozelandczycy to zdecydowanie miły i przyjazny naród. Ale nie panuje tutaj jakaś taka nadzwyczajnie sympatyczna atmosfera, że od każdego promienieje słoneczny uśmiech i jest na maksa sielsko. (Trochę tego się spodziewałam po przeczytaniu paru blogów :P) Poziom uprzejmości jest wg. mnie podobny do tego, co jest w Kanadzie. Ludzie są przyjaźnie do siebie nastawieni, są pomocni, lubią pogawędki i nie masz stracha, że pani w okienku na ciebie naburczy.

Co mnie bardzo zaskoczyło to uprzejmość dzieci! One są naprawdę bardzo dobrze wychowane. Pracując w pensjonacie, często odwiedzały nas wycieczki szkolne, którym z rana i wieczora serwowaliśmy posiłki. Dzieciaki bardzo często prosiły przekazać komplementy kucharzowi. Dziękowali również nam, obsłudze, za pracę i za wszystko co robimy. Mówimy tutaj o dzieciakach w wieku 13-17 lat. Przypominając sobie 13-letnią siebie i moją klasę, to raczej na koloniach i zielonych szkołach, w życiu nie wpadliśmy na to, żeby pochwalić kucharza. No chyba, że to tylko my byliśmy takimi bucami. I żeby nie było. Te dzieciaki nie były zaganiane przez nauczycieli do dziękowania, to wychodziło same od nich.

Skoro jesteśmy przy temacie jedzenia, to sporo tutaj osób z nadmiarowymi kilogramami. Ponad 65% populacji ma nadwagę, w tym 32% jest otyłych (BMI powyżej 30). Niespecjalnie to dziwi, biorąc pod uwagę, że Nowozelandczycy lubują się w panierkach i tłustym jedzeniu. W sklepach kupuje się np. kilogramowe opakowania sera. Owoce i warzywa są drogie i nie ma na nie wielu promocji, natomiast na słodycze i słone przekąski, co chwilę są jakieś zniżki. Nie jest jednak tak źle jak w Stanach, gdzie częstym obrazkiem jest widok osoby tak otyłej, że musi poruszać się na wózku. Nowa Zelandio, wszystko przed tobą…

Maorysi

Na ulicach miast jest bardzo zauważalna grupa etniczna Nowej Zelandii – Maorysi. Zwróciło to moją uwagę, bo np. w Kanadzie, czy Stanach, tamtejszej rdzennej ludności, nie widuje się za wiele. Mam wrażenie, że Maoryska kultura jest tutaj bardziej pielęgnowana, niż kultura Indian w Ameryce Północnej. Znakomita większość miast i miejsc nazwana jest językiem maoryskim. Włączcie sobie mapę Nowej Zelki i spójrzcie na nazwy miast – Matamata, Whakapapa, Whatawhata, Kihikihi. Brzmią trochę komicznie, a weź je jeszcze zapamiętaj :P. Ja się trochę poddaję i zapamiętuję początek słowa, a resztę Andy musi zgadywać. Całe szczęście, on jest tutejszy, więc dobrze sobie radzi.

Sami Maorysi wyglądają dosyć groźnie. Całkiem sporo z nich ma tatuaże na twarzach, niektórzy mają wręcz całą buzię ozdobioną wzorkami. Tyczy się to głównie mężczyzn. U kobiet zauważyłam, że jeżeli mają tatuaż na twarzy, to znajduje się on na brodzie (jak ten np.). Ja jestem ciekawa Maorysów, bo nie ma ich wielu w Europie, ale mam przeczucie, że gdybym za długo się im przypatrywała, to mogłabym dostać w dziób xD. Myślę, że moje obawy nie są bezpodstawne, bo prócz barwnej kultury, Maorysi mają też ciemniejszą stronę. Populacja Maoryska, to jakieś 13% z całego nowozelandzkiego społeczeństwa, a ponad 50% osadzonych w więzieniach, to właśnie oni. Także chyba lubią rozrabiać.

Natura

Nie widziałam jeszcze tutaj za dużo, ale na pewno mogę już potwierdzić, że natura w Nowej Zelandii nie jest przereklamowana. Takiej zieleni jak tutaj, nie widziałam nigdzie indziej. Wyjeżdżając poza miasto, kolor zielony atakuje z każdej strony. W Polsce też poza miastem jest zielono, ale zuuuupełnie inaczej – inny poziom zaawansowania.

Na mapie rozsianych jest pełno randomowych miejscówek – wodospady, termy, trasy do treku, jeziorka, źródełka. Jest co robić, a to tylko północna wyspa, która uważana jest za tą “brzydszą” i mniej ciekawą wyspę. Jaram się co zobaczymy na południowej.

Teraz zrozumiałam dlaczego Andy narzekał na nasze, Polskie plaże i nie rwał się zbyt ochoczo na spacery po nich. Tutejsze plaże, to są PLAŻE. Dłuuuuugie, szerokie, konkretne fale, piękne formacje skalne. W sezonie mało ludzi i nie ma parawanów :P. Tak jak ludzie znad morza śmieją się z warszawskiej plaży nad Wisłą, tak Nowozelandczycy mogą się śmiać z naszych polskich plaż.

Chociaż ja, jako lokalny gdyński patriota i tak kocham moją Redłowską i Miejską Plażę w Gdyni, najbardziej na świecie 😛 .

wrażenia z Nowej Zelandii

Czego nie jestem tutaj fanem, to słońce. Dużo się mówi o dziurze ozonowej nad Nową Zelandią, ale przyznam, że nie do końca jestem w temacie. Gdzieś czytałam, że niby już jej nie ma… ale nieważne. Słońce praży tutaj bardziej. W Polsce, w słoneczne dni, tak do 25 stopni Celsjusza, mam dużo energii i mam ochotę na aktywność na dworze. Tutaj, słońce sprawia, że mam ochotę robić nic. Budzi we mnie totalnego i do tego sfrustrowanego lenia.

Coś w tym jest, że słońce piecze tutaj bardziej, bo wiele, wiele osób pisze na swoich blogach, że łatwo się tutaj sparzyć, nawet po 30 minutach siedzenia na dworze bez filtra. Niby nawet w pochmurny dzień można skończyć z czerwoną skórą. Ja nie jestem w stanie tego potwierdzić, ponieważ wiele razy spędziłam na słońcu parę godzin bez filtra i nic mi się nie oparzyło, nawet nos. Także nie wiem, czy to taka nowozelandzka, trochę naciągana legenda, czy ja jestem jakaś gruboskórna :P.

W każdym razie, coś z tym słońcem jest tutaj nie tak. 😛 Ale nie będę narzekać! Mamy już tutaj jesień, a pogoda nadal jak w lato, więc życzę słoneczku, aby zostało z nami jak najdłużej.

Jedzenie / Sklepy

To już jest wiedza ogólnoświatowa, że jedzenie w Polsce jest najlepsze, zwłaszcza słodycze. Nie ma lepszych słodyczy niż w Polszy i Niemczech, nie ma! Ale Nowa Zelka ma pyszną czekoladę! Szczególnie Whittaker’s! No mniam! Mają też spory wybór ze smakołyków Cadbury, więc na brak dobrej czekolady narzekać nie mogę… Ale żelki… żelki to zupełnie inna historia. Na podstawie moich dotychczasowych doświadczeń, stwierdzam, że Europa jest żelkowym guru. Reszta świata nie ma pojęcia, jak robić dobre żelki.

Ceny jedzenia są dość wysokie, ale po prawie roku bycia w Kanadzie, nie doznaliśmy jakiegoś szoku cenowego, bo tam też było drogo. Tak jak wszędzie – chcesz jeść zdrowo, to wyskakuj z kasy. Jedzenie na mieście, trochę kopie po kieszeni, ale bez przesady. W przyzwoitych cenach są bary Fish&Chips i indyjskie jedzenie (mniam!). Ogólnie bardzo dużo jest tutaj osób z Indii. Właściwie wszelkie mniejsze spożywczaki (tzw. dairy), są prowadzone przez osoby z Indii.

Co do sklepów odzieżowych, to nie zauważyłam za wiele marek znanych nam z Europy. Ale byłam tutaj raptem w dwóch centrach handlowych, więc mogę się mylić. Niespecjalnie urzekły mnie tutejsze sklepy z ciuchami, ale to dobrze, przynajmniej nie przetracę kasy na szmatki. Moda to zresztą nie jest najmocniejsza strona Nowozelandczyków. Oni tutaj sobie cenią wygodę, więc dresik i japonki stykają. Co niektórzy to nawet chodzą i boso. Andy mówi, że kiedyś było o wiele więcej bosobiegów, teraz powoli ta moda zanika.

Miasta i Architektura

Nie czuję tutejszych miast. Niby miasta, ale jakoś nie mają klimatu miasta (poza Auckland i Wellington). Nie potrafię jeszcze dokładnie sprecyzować o co mi chodzi, muszę odwiedzić więcej miejscowości. Ale coś z nimi jest nie tak. Nie wiem… za mało betonu? korków? gwaru? Temat do rozwinięcia, jak bardziej poznam ten kraj. Ale parę osób z Europy, z którymi gadałam, też uważają, że miasta w Nowej Zelandii ssą. Ale to nie szkodzi. Bo do Nowej Zelki przyjeżdża się dla natury, a nie dla miast.

Jeżeli chodzi o zabudowę, to jest ona dość niska. Jest mało bloków i zdecydowanie przeważają domki. A domki wyglądają iście amerykańsko 😀 I tu mam dysonans, bo mi się one podobają, lubię na nie patrzeć, ale nie lubię w nich mieszkać. Dlaczego? Bo tu chyba nie ma inżynierów od izolacji termicznej! Na zewnątrz zimno, to i w środku zimno; na zewnątrz ciepło, to w środku gorąco. Papierowe ściany – wspominałam o tym w poście, gdzie opisywałam nasz pierwszy miesiąc w Nowej Zelce. Na budowie domów się tutaj na pewno nie znają :P. Oglądaliśmy kiedyś program Grand Designs, gdzie buduje się fajnie wyglądające domy z różnymi, ciekawymi rozwiązaniami. W wersji Nowozelandzkiej wielkim wynalazkiem było budowanie domów z betonu. Tyle w tym temacie xD.

wrażenia z Nowej Zelandii

To

Share

1 Response

  1. 10 maja, 2020

    […] w moim poprzednim poście, że wiele Nowozelandczyków ma poważny problem z nadwagą. Zanim tu przyjechałam, nie […]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *