Szlak Tongariro Alpine Crossing – witamy w Mordorze

Szlak Tongariro Alpine Crossing
Szlak Tongariro Alpine Crossing, to najstarszy i najbardziej popularny jednodniowy trek w Nowej Zelandii. Totalny must see. Zdecydowanie nieprzereklamowany. Okazuje się, że nie trzeba lecieć na Księżyc, żeby poczuć kosmiczne klimaty. Jesteś fanem Władcy Pierścieni? Witaj zatem w Mordorze, bo jeden z wulkanów, “grał” w filmach Mt Doom, górę, w której zniszczono pierścień Saurona.

Szlak Tongariro Alpine Crossing – co to?

W dużym skrócie, szlak Tongariro Alpine Crossing, to 19,4 kilometrowa przeprawa przez wulkaniczny obszar. Trek leży w Tongariro National Park i jest częścią 4-dniowego szlaku o nazwie Tongariro Northern Circuit (45 km), należącego do słynnych nowozelandzkich Great Walks (kilkudniowe trasy po najpiękniejszych zakątkach NZ).

Dojazd

Szlak Tongariro Alpine Crossing nie robi kółka. To oznacza, że trasa zaczyna i kończy się w różnych miejscach – Mangatepopo parking i Ketetahi parking. Znakomita większość ludzi zaczyna z parkingu Mangatepopo, bo trek z tej strony jest o wiele łatwiejszy.

Kiedyś, na parkingach nie było ograniczeń godzinowych postoju. Trzeba było przyjechać dosyć wcześnie (w sezonie), żeby zająć miejsce i można było parkować do wieczora. Teraz, na obu parkingach, wprowadzono ograniczenia i samochód może stać tylko przez maksymalnie 4 godziny.

To skazuje chętnych na przebycie szlaku, na shuttle bus’y – autobusy dowożące i odwożące turystów. Cena tej “przyjemności”, to około $40 w obie strony. Busika można zarezerwować przez internet (jest paru przewoźników) albo w większości noclegowni, które znajdują się w pobliżu np. w miejscowość National Park, czy Whakapapa. Transport startuje o wczesnych godzinach porannych (ok. 5.30) i odbiera turystów do wieczora.

Nam to ograniczenie pokrzyżowało trochę plany, bo chcieliśmy dojść do połowy szlaku (okolice Blue Lake) i potem zawrócić do samochodu. Wiele osób tak wcześniej robiło, bo druga część szlaku, nie jest aż tak bardzo spektakularna. Niestety, nie jest to jednak trasa do zrobienia w 4 godziny, więc trzeba wyskakiwać z 40 dolców. My całe szczęście nie musieliśmy, bo pracowaliśmy w hotelu w okolicach szlaku, więc busik mieliśmy za darmoszkę. Uff.

Praktyczne informacje

Trochę konkretów zawsze się przyda.

POGODA – to bardzo istotny aspekt, bo gdy widoczność jest zerowa, to i doznania wizualne też raczej oscylują wokół liczby zero. Najłatwiej w dobrą pogodę trafić w lato, dlatego też wtedy są tam tabuny turystów. Aura jednak w tym rejonie jest zdradziecka i zdecydowanie zmienia się częściej, niż w pozostałych rejonach północnej wyspy. Jest tam chłodniej i nawet w lato, kapryśna pogoda daje do wiwatu (wiem, bo mieszkałam tam przez prawie 2 miechy 😛 ). Dlatego w doborze daty, warto być elastycznym.

UBIÓR – opcja na cebulkę, jest zdecydowanie najlepszym pomysłem. Podczas treku będziesz rozbierać się do krótkiego rękawka, żeby za parę chwil zakładać polar i wiatrówkę. Przydałyby się również buty do treku, chociaż widziałam tam całą masę ludzi maszerujących w zwykłych adidkach – w tym Andy. Parę dni po pokonaniu szlaku, zainwestował jednak w obuwie trekingowe, przyznając, że zwykłe trampy nie są najwygodniejsze na takim szlaku. Kijki – opcjonalnie, parę osób korzystało, ale zdecydowana większość ludzi radziła sobie bez.

• Aha! Pamiętaj jeszcze o czapce i kremie przeciwsłonecznym. Mi również przydały się rękawiczki.

JEDZENIE – zdecydowanie weź ze sobą dużo wody. Co do jedzenia, to wedle twoich potrzeb. Nam wystarczyły 2 jabłka i 2 batoniki musli na głowę. Na szlaku nie ma koszy na śmieci, dlatego wszelkie odpady zabiera się ze sobą. Jeżeli zamierzasz wcinać banany, to weź jakiś worek, bo wiadomo, że nie ma nic gorszego, niż walący bananem plecak.

• Parking, jak i wstęp na szlak są darmowe.

• Im wcześniej będziesz na szlaku, tym spotkasz mniej ludzi. Najwięcej osób zaczyna trek w godzinach 8-10 rano (my na miejscu byliśmy około 6.30 i był luz).

• Na trasie, co jakiś czas, są porozmieszczane toalety.

Dla kogo jest ten szlak?

Myślę, że dla każdego, o ile nie ma się poważnych problemów z poruszaniem. Na szlaku widać dzieciaki (10 lat w górę), jak i osoby w podeszłym wieku. Każdy idzie swoim tempem. Ja też nie mam zbyt dobrej kondycji. Były momenty, gdzie miałam ochotę na postój co minutę. Takie są uroki tras, gdzie idzie się pod górkę 🙂 A ja bardzo pod górkę chodzić nie lubię.

A nasza wycieczka wyglądała tak…

Wstaliśmy o 5 nad ranem (spaliśmy w miejscowości National Park). O 5.45, podjechał po nas busik, który po niecałych 30 minutach wysadził nas na parkingu Mangatepopo. Całą drogę, niepewnie patrzyliśmy na mgłę, która skutecznie zasłaniała wszystko co w oddali. Całe szczęście, wysiadając z autobusu, po mgle nie było ani śladu, a my mogliśmy podziwiać piękne kolory na niebie, dzięki wschodzącemu Słońcu.

Szlak Tongariro Alpine Crossing

Krótka instrukcja od Pani prowadzącej autobus, wręczenie wizytówek z numerem telefonu (w razie problemów) i można ruszać. O 6.30 szlak wydawał się zupełnie pusty. W naszym autobusie było może z 10 osób, a był to środek sezonu, początek lutego. Zdecydowanie opłaca się wstać wcześniej.

Pierwsze 5 kilometrów jest łatwe. Ścieżka wygląda na płaską, ale idzie jednak trochę pod górę. Parking leży na wysokości 1220m n.p.m., a piąty kilometr znajduje się na poziomie 1400 m n.p.m. Na początku droga jest otoczona trawami, żeby stopniowo zamieniać się na miejsce z gruzem wulkanicznym i piachem. Nad nami ciągle góruje Mount Ngauruhoe, znana inaczej jako Mt Doom lub Góra Przeznaczenia (kto zna Władcę Pierścieni, ten wie 😉 ) . Nie mogę się przestać na nią patrzeć, jest piękna, tyle razy ją widziałam na zdjęciach, a teraz mam ją na żywo przed oczami. Planowaliśmy, tego dnia, się na nią wspiąć.

Szlak Tongariro Alpine Crossing

Około piątego kilometra, można odbić w bok, w kierunku wodospadziku Soda Springs. Nic to jednak specjalnego, więc żadna strata, jak się komuś nie chce. 🙂

Szlak Tongariro Alpine Crossing

Najgorszy, a zarazem najpiękniejszy etap przed nami

Na piątym kilometrze zaczynają zmieniać się zasady gry. To etap, na którym ścieżka idzie coraz bardziej pod górę. Pośród gruzu wulkanicznego, ludzie zaczynają przebierać się w bardziej odpowiednie odzienie. Na dole jest dosyć ciepło, jakieś 15 stopni, ale na górze może być już tylko parę kresek ponad zerem. W tym miejscu znajdują się również toalety. Zlewają się trochę z tłem, bo naklejono na nie naklejki z gruzem wulkanicznym, takim, jaki leży dookoła (możecie je zobaczyć na moim filmiku).

Szlak Tongariro Alpine Crossing

Zjadamy śniadanko w postaci jabłka i batona musli i ciśniemy na górę. Ścieżka jest dobrze przygotowana, są schody i kładki. Ten etap nazywa się Devil’s Staircase. Po 15 minutach, trzeba zacząć zrzucać warstwy, bo zaczyna się robić gorąco. Andy wystrzelił gdzieś na przód, a ja ślimaczyłam się w moim tempie. Najważniejsze to trzymać się swojego własnego tempa. Nie ma co dostosowywać się do innych. Co to za przyjemność dostawać zadyszki i być jeszcze bardziej zmęczonym.

Po jakiejś godzinie, udręka wspinania się skończyła i naszym oczom ukazał się płaski teren.

Jesteśmy w kraterze!

Po prawej stronie, powinniśmy widzieć Mt Ngauruhoe, ale ta zupełnie zniknęła za chmurami. Chyba dzisiaj na nią nie wejdziemy. Podziękowałam w duchu za te niskie chmury, bo nie miałam jeszcze kondycji, żeby się na nią wspiąć. Kiedyś była wyraźnie zaznaczona ścieżka z kierunkowskazem w kierunku Mt Doom. Od jakiegoś czasu jednak, odradzane jest wspinanie się na tę górę, ze względu na wierzenia Maorysów. Jest to ich święta góra i żeby nie bezcześcić jej świętości, z map zdjęto nawet trasę prowadzącą na jej szczyt. Dla mnie to trochę przesada, bo chyba nawet sami Maorysi nie wierzą, że rzeczywiście mieszka w niej jakiś bóg, czy inny duch.

Szlak Tongariro Alpine Crossing

Przez klikanaście minut cieszyliśmy się z płaskiego terenu, ale potem znowu trzeba było zakasać rękawy. Dodatkowo zerwał się dość mocny wiatr. Momentami musiałam złapać się jakiegoś kamienia albo nawet ziemi, żeby nie stracić równowagi. Plus tego wiatru był taki, że rozwiał wszystkie chmury zasłaniające Mt Ngauruhoe i ukazało się nam przepiękne zbocze z czerwonymi odcieniami. Musiałam, aż przysiąść i pokontemplować. Jaka ta góra jest piękna! I nibebiezpieczna! Bo to nadal aktywny wulkan! A raczej stożek wulkanu Tongariro. Mt Ngauruhoe ostatni raz wybuchł w 1977 roku, natomiast Tongariro, to całkiem świeża w sprawa bo w 2012!

Potem ukazał się nam Red Crater, który wg. mnie wygląda jak ogromna wadżajna 😛 . Kolory robią wrażenie. Moją uwagę przyciągała dajka, która utworzyła się podczas jednej z erupcji. To niej wypływała lawa.

Szlak Tongariro Alpine Crossing Red Crater

Takich widoków, to my w Polszy nie majo ;P .

Zaraz za czerwonym kraterem, pojawiają się w dole piękne Emerland Lakes. Cieszy mnie to, bo w końcu idziemy w dół, a nie pod górę. Moja radość nie trwa długo, bo okazuje się, że schodzenie po sypiącym się żwirku, nie jest najłatwiejsze. Wiele gleb widziałam tego dnia, parę zaliczyłam i ja. Kolor jeziorek przyciąga oko, ale niespecjalnie zachęca do kąpieli. Zwłaszcza ta pomarańczowa otoczka wokół brzegu…

Szlak Tongariro Alpine Crossing

Teraz kierujemy się ku ostatniemu (wg. mnie), znaczącemu punktowi, który szlak Tongariro Alpine Crossing ma nam do zaoferowania – Blue Lake. Jak sama nazwa wskazuje, to urokliwe niebieskie jeziorko.

Szlak Tongariro Alpine Crossing Blue Lake

Jednak to nie jezioro przykuwa naszą uwagę w tym miejscu, a widok za nami – Red Crater i Mt Ngauruhoe na jednym obrazku. Nie pozostaje nic innego jak przycupnąć na kamieniu i spożyć drugie śniadanko.

Ostatni etap – udręka

Jesteśmy na 10 kilometrze, praktycznie w połowie drogi. Zaczynamy powoli wychodzić z krajobrazów księżycowych. Za zakrętem ukazuje się nam widok na Lake Tuapo. Jezioro leżące w kalderze super wulkanu, o takiej samej nazwie. Super wulkany, to nie byle jakie wulkany. Ich erupcje są tysiące razy silniejsze od najsilniejszych erupcji zwykłych wulkanów. Innymi słowy, gdyby Taupo postanowiło wybuchnąć, to niewiele z Nowej Zelandii, jak i tej części świata by pozostało. Żebyśmy nie czuli się za spokojnie, to w Europe też mamy taki okaz – Pola Flegrejskie we Włoszech.

Idziemy w dół zbocza. Droga z górki brzmi dobrze, ale nie, gdy wije się jak niekończąca serpentyna. Czy mi kiedykolwiek dojdziemy na sam dół? Zaczęłam rozumieć, dlaczego ludzie zaczynają trek od strony parkingu Mangatepopo. Kto by chciał włazić pod górkę, tą wijącą się w nieskończoność trasą. Mijamy paru turystów, którzy zaczęli od tej drugiej strony. Na twarzach wielu z nich, maluje się wyraz lekkiego zrezygnowania.

Gdy w końcu zleźliśmy z tej góry, wylądowaliśmy w gęstym lesie. Nie interesowało mnie nic innego, tylko ilość kilometrów do mety. Nieważne odgłosy buszu i świeże powietrze – nogi mnie bolą, a stopy dosłownie parzą. Gdy doszliśmy do końca szlaku, usadowiliśmy się obok parkingu dla autobusów i pierwsze co zrobiliśmy, to zdjęcie butów. Za 30 minut miał podjechać nasz busik.

Szlak Tongariro Alpine Crossing zajął nam około 6,5 godziny. W tempie średnio-szybkim, z paroma przystankami po drodze.

Jeżeli interesują Cię doznania wizualne bardziej ruchome, zapraszam do mojego filmiku, który nagrałam przemierzając ten trek 🙂 .

Share

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *