
Gdy szczęście zaczyna rekompensować deficyty w rozumie, to powinno zmienić się coś w swoim postępowaniu. Do tego wniosku można jednak dojść tylko wtedy, gdy coś z tego rozumu pozostało… U nas go ewidentnie brakowało, co poprzedziło serię kłopotów, z których całe szczęście uratowali nas obcy ludzie. Pierwszy etap nierozważnych decyzji dopadł nas na odcinku Russel – Oakura.
Ten post to kontynuacja naszej wędrówki szlakiem Te Araroa – poprzedni post znajdziesz TUTAJ.
Obudziliśmy się w miejscowości Paihia. Tego dnia mieliśmy do wyboru kilka opcji, jak kontynuować szlak. Nie pamiętam już dokładnie, jakie to były warianty, ale zdecydowaliśmy się na trasę wiodącą przez miejscowość Russel. Za cel dnia obraliśmy wioskę Oakura, co oznaczało, że mieliśmy do pokonania około 36 km. Mapka orientacyjna poniżej:

36 km to dość sporo, a dla nas wręcz za dużo. Zwłaszcza, że na szlaku należeliśmy do grupy osób, które nigdy się nie śpieszą, wstają późno, chodzą powoli i robią mnóstwo przystanków na odpoczynek. To idealny przepis na utkniecie w szczerym polu i ciągłe kłopoty logistyczne. Ale nie uprzedzajmy faktów.
Wstaliśmy na luzie, zjedliśmy śniadanie i poszliśmy jeszcze na zakupy, żeby uzupełnić zapasy jedzenia. Jak spojrzysz na powyższą mapę, zauważysz, że Paihia i Russel dzieli woda, dlatego po zakupach ruszyliśmy do Paihia Wharf, żeby złapać prom.

Przeprawa stateczkiem trwa około 15-minut. Prócz nas i kapitana przeprawiał się również Niderlandczyk, który jest managerem restauracji mającej filie zarówno w w Paihia i Russel. W ten sposób parę razy w tygodniu podróżuje sobie między oba miastami promem. Opowiadał nam, że zdarza mu się czasem utknąć w Russel, bo gdy następuje załamanie pogody, to promy przestają kursować. Mocno trzeba wytężyć wyobraźnię, żeby zwizualizować sobie te nieprzychylne warunki pogodowe, bo teraz pięknie świeci słońce, a spokojna woda i wysepki na niej sprawiają, że wszystko wygląda dosyć rajsko.

RUSSEL
Gdy tylko opuszczamy prom, zauważamy, że w Russel jest tak jakby luksusowo. Urokliwe białe domki pamiętające kolonialne czasy, kafejki i sklepiki przyciągają naszą uwagę. Nabieramy ochoty poobcować z tym miejscem trochę dłużej, bo zazwyczaj miasteczka w Nowej Zelandii są do siebie podobne, czyli wyglądają tak samo i są dosyć nijakie.

Miasteczko Russel ma sporą wartość historyczną dla Nowej Zelandii. Było pierwszą nieoficjalną stolicą kolonii brytyjskiej. Co ciekawe, miano stolicy nadano temu miasteczku niechętnie, ponieważ w połowie XIX wieku Russel cieszyło się nie najlepszą renomą. Jako miasto portowe, było odwiedzane przez wielu marynarzy, a handel różnymi dobrami kwitł tam znakomicie, z preferencją dla alkoholu i broni palnej. Miasto kojarzyło się przede wszystkim z bezprawiem i szybko zyskało przydomek „Hell Hole of the Pacific” (Piekielna Dziura Pacyfiku). To tutaj odbył się pierwszy w Nowej Zelandii pojedynek rewolwerowy, a prostytutek było więcej niż misjonarzy. Dzisiaj miasteczko emanuje atmosferą „ą ę”, więc trudno sobie wyobrazić, co działo się na uliczkach tego miasta prawie 200 lat temu.

Zwiedzanko
Pierwsze kroki kierujemy do 4Square, czyli odpowiednika naszej Żabki. Tak właśnie zwykle wygląda nasze „zwiedzanie” – odwiedzamy wszystkie sklepy spożywcze w okolicy. Gdy wchodzimy do sklepu, od razu zauważamy, że to miejsce wygląda lepiej niż zwykle! Zamiast wąskich, zastawionych alejek, spotykamy szeroki pasaż między półkami, wszystko jest pięknie poukładane, a wystrój zdecydowanie różni się od standardu. Nawet 4Square w Russel jest luksusowy! 😀 Aż doszłam do wniosku, że gdyby kiedyś przyszło mi mieszkać w Nowej Zelandii, chciałabym mieszkać właśnie w Russel. Podobna myśl pojawiła mi się jeszcze parę razy w innych miejscach podczas naszej wyprawy, ale kto biednemu zabroni pomarzyć? 😀 Zaopatrzyliśmy się w zimną butelkę Lifta i poszliśmy zwiedzać dalej. Pamiętasz w ogóle napój Lift? Mieliśmy go kiedyś w Polsce, ale niestety go wycofali ;(
Kolejnym przystankiem na mapie Russel był najstarszy zachowany kościół w Nowej Zelandi – Christ Church, zbudowany w 1835 roku. Wokół świątyni roztacza się historyczny cmentarz, na którym podobno znajduje się grób pierwszej (lub drugiej) białej kobiety urodzonej w Nowej Zelandii oraz pierwszego chirurga.


Na koniec poszliśmy jeszcze obczaić Pompallier House, który służył Francuzom jako miejsce dowodzenia (tak, Francuzi muszą chyba być wszędzie 😉 ) podczas ich katolickich misji na zachodnim Pacyfiku. Zbudowany w XIX wieku, jest najstarszym rzymskokatolickim budynkiem w Nowej Zelandii.

¡Vamos!
Po krótkim zwiedzaniu centrum Russel ruszyliśmy dalej. Udało mi się zrobić zdjęcie ciekawej skrzynki na listy na osiedlu, przez które przechodziliśmy.

Gdy opuściliśmy chodniki pierwszej stolicy Nowej Zelandii, czekała nas… droga, a raczej pobocze. Kolejne 34 kilometry do miejsca naszego spoczynku musieliśmy dzielić z samochodami, mając je tuż obok. Och, jak się cieszymy! Oczywiście już na początku wpadliśmy na chytry plan, żeby złapać stopa, ale niestety nikt się nie zatrzymał. Aby nie tracić więcej czasu, po prostu ruszyliśmy do przodu, licząc, że jeśli się zmobilizujemy, uda się nam pokonać te 35 km.
HA HA HA!
Jak już wspominałam w poprzednim poście, drogą idzie się dosyć powoli. Nie można ścinać zakrętów, trzeba uważać na samochody, przystanąć i poczekać, gdy większy zawodnik, np. TIR, chce znaleźć się na tym samym odcinku jezdni co ty… Trasa do Oakura była dość kręta i wąska. Asfaltowe pobocze właściwie nie istniało, więc pomykaliśmy po trawie obok, albo po drodze, gdy trawka ustępowała miejsca krzaczorom lub spadkom terenu. Nasza uwaga skupiała się przede wszystkim na wypatrywaniu, po której stronie jezdni pobocze jest szersze, oraz na nasłuchiwaniu zbliżających się cięższych pojazdów kołowych.

I tak szliśmy sobie przez kilka godzin, robiąc małe przystanki na odciążenie pleców, pitstopy i sesje narzekań. Gdy po 5 godzinach zorientowaliśmy się, że zrobiliśmy zaledwie 10 km, przeżyliśmy małe załamanie. Była już godzina 16, a przed nami jeszcze 24 km! Szybko wprawiliśmy kciuki w ruch i próbowaliśmy szczęścia, łapiąc stopa. Niestety ponownie bezowocnie.
Uznaliśmy, że będziemy musieli zrewidować nasze plany i zatrzymać się w miejscu o nazwie The Farm, które znajduje się 11 km bliżej niż Oakura. Nie za bardzo chcieliśmy tam nocować, ze względu na niektóre nieprzychylne opinie o syfie i podejrzanych ludziach. Ja byłam również przekonana, że kiedyś oglądałam film, w którym miejscówka o nazwie The Farm była jakąś sekciarską filią, więc tym bardziej nie chciałam się tam zatrzymywać… Powodem, dla którego wybraliśmy Oakura, była fajna miejscówka noclegowa, którą podpatrzyliśmy u vlogerów, którzy robili ten szlak rok wcześniej. Camping miał super widok na ocean, więc naturalnie liczyliśmy na instagramowe foteczki xD
Zmiana planów
Gdy tak siedzieliśmy i zastanawialiśmy się, co dalej, zatrzymał się obok nas pan w wypasionej Tesli, pytając, czy wszystko ok. Zaproponował nam nawet podwózkę, tylko że jechał w przeciwnym kierunku, więc niestety nie mogliśmy skorzystać… Byłam nawet zaskoczona, że chciał nas zabrać do swojego samochodu, bo umówmy się – człowiek na szlaku nie wygląda najczyściej i najporządniej.
A więc The Farm! Jakakolwiek motywacja opuściła mnie na dobre. Te 10 km w 5 godzin brzmiało jak kiepski żart. Z takim nastawieniem i dopadającym nas coraz większym zmęczeniem jeszcze bardziej obniżyliśmy tempo. Dobrym miejscem na kolejny odpoczynek tego dnia okazał się szkolny przystanek autobusowy.

Na przystanku obraliśmy nową strategię, bo doszliśmy do wniosku, że z naszą prędkością żółwia stepowego nie uda się nam dojść nawet do The Farm. Na mapie zauważyliśmy, że spory kawałek trasy będzie prowadził przez tereny zalesione. Uznaliśmy, że będziemy szli tyle, ile damy radę, a gdy opadniemy z sił, rozbijemy się w tym lesie. Nie był to plan idealny, bo lasy nowozelandzkie są mega gęste – pełno drzew, krzewów i krzaczorów, dające vibe 'Gdzie jest moja maczeta?’. Musieliśmy liczyć się z tym, że po prostu nie uda nam się rozbić obozu, bo wyjątkowo zapomnieliśmy zabrać maczety z domu. Oczywiście uznaliśmy, że będziemy się tym martwić później i ruszyliśmy dalej w trasę.
Widoczki przez cały dzień były takie se. Głównie drzewa, krzaczory i pola dookoła. Nic na czym było warto zawiesić oko, ale poniższy widok zdecydowanie zwrócił naszą uwagę

A potem zdarzyl sie cud!
Gdy tak przebieraliśmy nogami, tępo wpatrując się w to, co przed nami, nagle naszą uwagę przyciągnął głos: „Będziecie tak dalej szli, czy chcecie, żeby was podwieźć?” Przez chwilę oniemiali wpatrywaliśmy się w kobietę w samochodzie, która przez uchyloną szybę cierpliwie się nam przyglądała. „Robi się późno, jeżeli chcecie, to wskakujcie do samochodu” – nie musiała nam tego powtarzać dwa razy. Szybko ocknęliśmy się z letargu i ruszyliśmy w kierunku naszej wybawczyni. Byłam gotowa odtańczyć dla niej taniec dziękczynny, ale żeby nie tracić czasu, zasypaliśmy ją po prostu podziękowaniami. Okazało się, że to nie pierwszy raz, kiedy zbiera spóźnionych wędrowców. Nie musieliśmy się jej tłumaczyć, co robimy późną porą na środku drogi.
Znała ten typ „turysty”, znała piechurów przemierzających szlak Te Araroa.
Powiedzieliśmy jej, że naszym ambitnym planem było dotarcie do osady Oakura, ale jeżeli podwiezie nas do The Farm, to również będziemy bardzo wdzięczni. Kobieta była gadatliwą Maoryską, a gdy w rozmowie wyszło, że Andy ma polinezyjskie korzenie (jego dziadek pochodził z wyspy Samoa), uznała, że podwiezie nas aż do Oakura. Było nam głupio, nie chcieliśmy jej tak „wykorzystywać”, ale kobieta nie znosiła sprzeciwu. Przyznam, że przez całą trasę mieliłam w głowie jedną myśl: „Jak to jest, że ludzie potrafią być tak życzliwi?”. Nie mieściło mi się to w głowie.
Swoją drogą… trasa, którą przemierzaliśmy autem, wiodła przez las, w którym planowaliśmy się rozbić. Gdy przypatrywaliśmy się tej gęstwinie, zrozumieliśmy, jak w czarnej dupie byśmy byli, gdyby ta kobieta się nie zatrzymała. Droga samochodowa prowadziła małym wąwozem; las znajdował się „nad nami”, a nawet gdy teren wokół jezdni był płaski, to pokryty był chaszczami. Nie było opcji, żeby rozbić się tam z namiotem. Zamieszczam parę zdjęć z Google Street View, żeby zobrazować sytuację 😀


Dewiza „więcej szczęścia niż rozumu” przyświecała nam podczas tej podróży średnio co trzeci dzień 😀
OAKURA
Dotarliśmy w końcu do upragnionej, wymarzonej i wyśnionej osady o nazwie Oakura. Nadszedł moment, w którym mogłam odtańczyć taniec dziękczynny, ale nasza wybawczyni nie chciała słyszeć o jakiejkolwiek formie podziękowania. Mimo wszystko było nam strasznie głupio, więc zaproponowaliśmy przynajmniej zapłatę za benzynę, ale o tym również nie chciała słyszeć. Żyła dewizą „tak trzeba”, „trzeba sobie pomagać” i zostawiła nas przy jeszcze otwartym barze Fish & Chips. Tego szczęścia było już za wiele, ale bynajmniej nie zamierzaliśmy z niego nie skorzystać. Zamówiliśmy dwie porcje ryby w panierce z frytkami i po zimnej coli. Usiedliśmy przy brzegu oceanu, jedząc i zastanawiając się, jakim cudem tak to się wszystko dzisiaj ułożyło…

Camping
Było już dosyć późno, dlatego postanowiliśmy zrezygnować z szukania campingu z instagramowym widoczkiem i udaliśmy się po prostu do tego najbliżej położonego. W ten sposób trafiliśmy do Whangaruru Beachfront Camp & Motel, który położony był przepięknie, bo zaraz nad zatoką.

Jedynym mankamentem było coś, co na początku wywołało uśmiech na naszych twarzach, ale później właściciele campingu chyba trochę przesadzili. Otóż cały camping był oznaczony wieloma tabliczkami dotyczącymi tego, co można, a czego nie można robić na polu namiotowym. Na początku przywitała nas ta tabliczka, która mocno nas rozbawiła.

A potem było już tylko lepiej… XD




Bardzo dobrze rozumieliśmy, o co chodzi właścicielom campingu – kto pracował w branży turystyczno-hotelarskiej, ten z cyrku się nie śmieje. My pracowaliśmy i wiedzieliśmy, że człowiek naprawdę może stracić cierpliwość. Jednak na tym campingu, przez te tabliczki, naprawdę czuliśmy się trochę jak intruzi.
ANYWAY! Tak zakończył się nasz kolejny dzień na szlaku Te Araroa. Następny miał być znowu jednym z tych 'więcej szczęścia niż rozumu’, ale o tym opowiem w kolejnym poście.