
Ostatnio przez nasze fantastyczne planowanie prawie wylądowaliśmy na nocleg w stromych krzakach pośrodku niczego… Tym razem wypstrykaliśmy się z jedzenia i wody. Witamy w kolejnym poście, jak nie robić szlaku Te Araroa :D.
Ten post to kontynuacja opisu naszej podróży szlakiem Te Araroa. Poprzedni wpis znajdziesz TUTAJ.
Jak tylko otworzyliśmy oczy, poczuliśmy, że w namiocie zaczyna robić się sauna. To był jasny sygnał, że znowu spaliśmy trochę za długo. Spakowaliśmy się pośpiesznie, ja wypiłam kawę z miseczki i ruszyliśmy przed siebie.
Tego dnia znów mieliśmy ambitny plan – 36,5 km, którego OCZYWIŚCIE znowu nie uda się nam zrealizować.

Na campingu uzupełniliśmy jeszcze wodę i sprawdziliśmy zapasy jedzenia. Okazało się, że nie zostało nam wiele – po parę batonów musli na głowę. Niestety sklepik w osadzie, w której nocowaliśmy, był jeszcze zamknięty. Szybko sprawdziliśmy więc mapę, żeby zobaczyć, czy po drodze będziemy mijać jakieś miasteczko.
Na trasie miała być miejscowość o nazwie Helena Bay. Andy zareagował z entuzjazmem, twierdząc, że na pewno będą tam sklepy, bo nazwa wydaje mu się znajoma. A skoro jemu już się coś kojarzy, to na pewno nie może to być dziura – jakiś sklep musi się znaleźć. Mi też coś ta nazwa mówiła, więc zgodziłam się z jego podejściem.
Jak tylko opuściliśmy osadę, w której spędziliśmy noc, znowu wylądowaliśmy na drodze asfaltowej. Tym razem czekało nas około 6,5 km marszu w towarzystwie samochodów i ciężarówek.
Wystawiliśmy kciuki, licząc na szybką podwózkę do Helena Bay, ale niestety – nic z tego. Zaczynałam coraz bardziej podważać te wszystkie historie, które słyszeliśmy od autostopowiczów o tym, że Nowa Zelandia to kraj mega przyjazny stopowiczom. Brzmiały coraz bardziej jak mocno naciągana legenda.

Helena Bay
Dzień był gorący, a my, idąc asfaltem niczym po patelni, nie odmawialiśmy sobie częstych wizyt naszych ust w bukłaku z wodą. Przecież zapasy uzupełnimy w Helena Bay, prawda?




Jak tylko zza zakrętu wyłonił się nasz cel, od razu pomyślałam, że nie wygląda to na miejsce, które uraczy nas sklepem. Ot kolejna nadmorska osada, która – poza pięknymi widokami – raczej niewiele więcej oferuje.
Nie pomyliliśmy się. Sklepu tam nie było.
Przemierzając Te Araroa, korzystaliśmy z mapy w aplikacji FarOut, która nie tylko pokazywała trasę, ale też wskazywała miejsca, gdzie można uzupełnić wodę, gdzie znajdują się campingi, sklepy i inne udogodnienia. Niestety, na naszym odcinku punktów z wodą praktycznie nie było.
Poniżej zamieszczam podglądowy screenshot mapki – czerwona linia to nasza trasa, a niebieskie kropelki to miejsca, gdzie dostępna jest woda (zwykle jakiś strumyk, potok itp.). Jak widzisz – nie ma nic.

Nie ma co ukrywać – mrok ciemnej pupy, który powoli nas pochłaniał, trochę nas martwił. Kij z tym, że brakowało nam jedzenia – to da się przeżyć. Ale brak wody? To już może być poważniejszy problem.
No ale, jak to mawiał klasyk: „co zrobisz, jak nic nie zrobisz” – i ruszyliśmy dalej.
Helena Ridge Track
W Helena Bay kończył się etap asfaltowego marszu na dziś – w końcu wchodziliśmy na szlak. Przed nami trasa o nazwie Helena Ridge Track, długość: 5,3 km.
Na początku byliśmy urzeczeni, że podłoże pod naszymi butami to wreszcie coś innego niż czarna nawierzchnia. Ale oczywiście – jak to zwykle bywa – miny szybko nam zrzedły i przyszła pora na narzekanie 😄



Trasa zdecydowanie nie należała do tych, po których rekreacyjnie spacerują okoliczni mieszkańcy w ramach chęci „połączenia z naturą”. Zarośnięty, nierówny szlak wyraźnie wskazywał, że nie zapuszcza się tu zbyt wiele osób. Prawdziwa mordęga zaczęła się, gdy w ukropie trasa zaczęła prowadzić przez gęsty las: góra – dół, góra – dół, po dość stromych zboczach.


Wzrost elewacji to niby tylko jakieś 380 metrów, ale jak się tak zapiernicza góra – dół – góra – dół, to wrażenie jest takie, jakby człowiek zdobywał co najmniej Rysy.
Sapaliśmy jak stare nosorożce i często robiliśmy krótkie przystanki, żeby złapać oddech. W takich warunkach wypiliśmy ostatnie resztki wody – z bukłaka spijaliśmy już tylko pojedyncze krople. A kolejna okazja, żeby się napić, miała pojawić się dopiero za jakieś… 30 km.

Kończąc Helena Ridge Track, wylądowaliśmy na łące, na której spokojnie pasły się krowy. To już tereny prywatne – należące do lokalnych farmerów. Szlak Te Araroa często prowadzi przez takie właśnie prywatne ziemie – zwłaszcza na Północnej Wyspie to głównie pastwiska ze zwierzętami.

Czasami właściciele tych ziem zmieniają zdanie i przestają zezwalać piechurom Te Araroa na przemierzanie ich terenów. Wtedy na mapie pojawiają się tzw. trasy zastępcze (bypass), które często oznaczają kilkukilometrowe obchodzenie wszystkiego dookoła – zwykle po jezdniach…
Ale teraz nie o tym! 😄
Kolejny cud na naszej trasie – niespodziewany camping
Byliśmy tak spragnieni, że zaczęliśmy rozważać napicie się wody ze zbiorników, z których poją się zwierzęta. Andy opowiadał, że jego kuzyni, wychowani na farmie, czasem pili taką wodę. Jednak po szybkim googlowaniu uznaliśmy, że chyba lepiej będzie uschnąć, niż napić się tej mikstury.
Gdy przeszliśmy przez farmę, szlak znowu prowadził przez lasek. W pewnym momencie dotarliśmy do leśnej łąki, na której stał… stół piknikowy. Ja nie chciałam się zatrzymywać – dosłownie wszystko nas poganiało, żeby iść dalej – ale Andy zarządził przerwę.
Siedząc i kontemplując nasze mizerne położenie, zauważyliśmy pod stołem plastikowe pudło, przykryte liściem paproci. Wyciągnęliśmy znalezisko, a w środku – kartka z informacją, że można tu kupić jajka po 50 centów za sztukę. Pod kartką znajdowały się jajka, butelka oleju i mały słoik na opłatę.
Wybałuszyliśmy oczy i spojrzeliśmy na siebie z niedowierzaniem. Zaczęliśmy się rozglądać, zastanawiając się, czy może nasz wybawca mieszka gdzieś w pobliżu. Domku nie znaleźliśmy, ale… między krzakami zauważyliśmy ciemny kształt.
NO FUCKIN’ WAY!
To był zbiornik na deszczówkę – pełen po brzegi!
JESTEŚMY URATOWANI!
Wchodząc wcześniej na łąkę, przechodziliśmy przez płotek z małą tabliczką. Nie zwróciliśmy na nią wtedy uwagi, ale teraz podeszliśmy bliżej, bo na odwrocie plakietki ktoś jakby długopisem napisał kilka słów. Widniała tam informacja, że piechurzy Te Araroa mogą tu zrobić sobie nocleg.
Nie zastanawialiśmy się nawet chwili – ZOSTAJEMY!
Nocleg z possumami
Lokalsi zaopatrzyli nas we wszystko – wodę, jedzenie oraz miejsce, gdzie legalnie mogliśmy rozłożyć nasz materiałowy domek. Takich społecznych inicjatyw, ułatwiających życie wędrowcom Te Araroa, napotkaliśmy jeszcze kilka. Na przykład: przenośna lodówka ze schłodzoną Coca-Colą pośrodku buszu – kto by się czegoś takiego spodziewał? Ludzie naprawdę potrafią być wspaniali.
Najedzeni i napojeni, znów nie dowierzając, jak trafne bywa powiedzenie „głupi ma zawsze szczęście”, poszliśmy spać.
Gdy tylko nastała noc, obudziły nas podejrzane dźwięki – pękające gałęzie, jakby ktoś przemieszczał się w lesie otaczającym łąkę. Moja pierwsza myśl: Blair Witch Project. Andy’ego pierwsza myśl: possumy (czyli oposy). Andy miał rację.
Wyszliśmy z namiotu, a na drzewach siedziały puchate kulki, wybałuszające na nas swoje wielkie, pomarańczowe oczy. „Słodziaki” – pomyślałam.

W Nowej Zelandii possumy uważane są za szkodniki, a niektórzy farmerzy zrobili sobie z ich rozjeżdżania sport narodowy. Mimo to trudno było mi patrzeć na te stworzenia z niechęcią. Przecież to nie ich wina, że nierozważni Europejczycy „przedstawili” je na ziemiach, gdzie taki mały futrzak stał się drapieżnikiem lokalnej fauny – i to tylko po to, by robić futrzane interesy.
O, ironio – jedną z najbardziej popularnych pamiątek z Nowej Zelandii jest… coś, co zawiera futro oposa.
Moja opinia, że nowozelandzkie possumy to urocze stworzenia, zmieniła się nieco, gdy wróciliśmy do namiotu. Oposy, ośmielone tym, że „człowieki” zniknęły z pola widzenia, zaczęły zbliżać się do naszego obozowiska w poszukiwaniu fantów. Wydawały przy tym takie gardłowe dźwięki i warkoty, że uznałam, iż moja Blair Witchowa interpretacja wcale nie była taka błędna 😅
Nie do końca wiedziałam, czego się po tych futrzakach spodziewać, ale że growlowały naprawdę przerażająco, to nie przespałam połowy nocy.
Kolejny dzień – późny start, wczesny koniec
Kolejny dzień tradycyjnie rozpoczęliśmy w trybie powolnym. Nie śpieszyło się nam, bo na dziś nie czekało nic ekscytującego – najpierw 8 km drogi szutrowej, a potem 13 km asfaltu.
Pamiętasz, jak wcześniej w tym poście wspominałam, że czasem właściciele ziem zmieniają zdanie i przestają pozwalać piechurom Te Araroa przechodzić przez swoje tereny? No to właśnie dziś trafiliśmy na taką sytuację. Zamiast przyjemnej trasy zielonymi wzgórzami – czekała nas przeprawa poboczem.
Gdy raczyliśmy się jajeczkami na śniadanie, z lasu wyłonili się SoftServe i Punisher – dwójka piechurów TA z USA. Długodystansowcy z krwi i kości – już po jednym (a może i więcej) through-hike’u w Stanach. Zamiast przedstawiać się imionami, używali swoich trailowych ksywek (o zwyczaju nadawania pseudonimów pisałam już w poście o 90 Miles Beach).
Dłuuuuugo gadaliśmy – wymieniliśmy historie, uwagi, porównaliśmy doświadczenia. Gdy opowiedzieliśmy im, jak wypstrykaliśmy się z jedzenia, zaoferowali nam batoniki musli. Serio, ludzie potrafią być tacy kochani! Grzecznie odmówiliśmy – jajka skutecznie zażegnały nasz kryzys 😄 Potem dwójka nowo poznanych znajomów poszła dalej, a my zaczęliśmy pakować manatki.
Wracamy na drogę!
Gdy ruszyliśmy dalej, zgodnie ustaliliśmy, że jak tylko zejdziemy z drogi szutrowej i wylądujemy na asfalcie, spróbujemy łapać stopa. Trasa gruntowa nie jest taka zła – mało uczęszczana, można spotkać pieski – ale asfalt to coś, czego nie lubimy najbardziej.



Gdy tylko dotarliśmy do głównej drogi, zrzuciliśmy plecaki i wystawiliśmy kciuki. Po chwili usłyszeliśmy za plecami samochód – nadjeżdżał właśnie drogą, z której dopiero co zeszliśmy. Kierowca miał trochę pecha, bo musiał zatrzymać się tuż obok nas, żeby włączyć się do ruchu. A my… już patrzyliśmy na niego oczami kota ze Shreka 🥺
Technika zadziałała – pani kierująca pojazdem postanowiła nas zabrać. Potem okazało się, że wcale nie nasze piękne oczęta ją przekonały – takich jak my widuje prawie codziennie i prawie codziennie kogoś zabiera, jadąc do Whananaki (czyli naszej destynacji na dziś).
Ale i tak – co za szczęście! Nie staliśmy nawet minuty!
Autostop wersja instant!
Jadąc, na horyzoncie zobaczyliśmy SoftServe’a i Punishera. Szybko daliśmy pani znać, że gadaliśmy z nimi rano i może będą chętni na podwózkę. Byli! A więc w piątkę, zapakowani po dach, ruszyliśmy do miejscowości, w której mieliśmy dzisiaj spać.
Podczas jazdy pani mówiła, że po Nowej Zelandii nie odważyła się tak podróżować, bo tu pełno szemranych ludzi spod ciemnej gwiazdy. Byłam w szoku, słysząc te słowa, bo ja z kolei uważam, że Nowa Zelandia to jedno z lepszych miejsc właśnie na takie podróże.
Pozostawiło mnie to z myślą, że podróżowanie naprawdę mocno otwiera oczy i pomaga nabierać nowych perspektyw. Weźmy na przykład naszą Polskę, na którą tak uwielbiamy narzekać. Im więcej podróżuję, zwłaszcza na ten słynny „Zachód”, tym bardziej doceniam, jak w Polsce jest bezpiecznie, czysto i spokojnie (gdyby jeszcze ten złoty mocniej stał :D).
Założę się, że gdyby ta pani wyleciała z NZ, uznałaby, że Nowa Żelka to jednak spokojne miejsce 😀

Whananaki – camping
Gdy dotarliśmy do Whananaki, była dopiero 14:00. Jak miło skończyć dzień wcześniej, na spokojnie, bez zamartwiania się takimi prowizorycznymi sprawami jak: czy będzie gdzie się rozbić pośrodku buszu albo czy uda się zdobyć coś do picia, żeby nie uschnąć.
Zameldowaliśmy się na campingu, rozbiliśmy namiot obok dwóch znanych już nam piechurów i poszliśmy do pobliskiego sklepu i baru zamówić burgery.

Później mieliśmy okazję lepiej poznać SoftServe’a i Punishera. Okazało się, że naprawdę idą „na lekko”, a mówiąc profesjonalnie – ultralight. W pewnym momencie zapytali Andiego, czy wie, czy w Nowej Zelandii można kupić woreczki, w których można gotować. Zrobiliśmy oczy jak pięć złotych – o gotowaniu w specjalnych workach (żeby nie nosić garnka!) jeszcze nie słyszeliśmy. Obawiam się, że wtedy w Nowej Zelandii takie wynalazki nie były jeszcze znane (może nadal nie są).
Ogólnie ta dwójka to byli naprawdę nieźli wyjadacze. Robili bardzo dużo kilometrów dziennie, tempo mieli szybkie i… nigdy więcej już ich nie spotkaliśmy (tacy szybcy byli!).
Wcześnie zakończony dzień pozwolił nam nie tylko odpocząć, ale też pokontemplować piękno przyrody otaczającej nas dookoła. W tym – malowniczy zachód słońca.



Z czasem zaczęło pojawiać się coraz więcej piechurów Te Araroa. Kolejnego dnia miała czekać na nas krótka przeprawa łódką, na którą wszyscy się zgadywali w grupki, żeby ograniczyc koszty. Gdy spytali nas, czy my też chcielibyśmy połączyć się z kimś w drużynę do łódki, po uszłyszeniu, że planują wstać o 5 nad ranem, stanowczo odmówiliśmy. W efekcie, gdy kolnego dnia otworzyliśmy oczy około godziny 8.30, obok nas nie było już ani jednego namiotu.