Wyprawa do Everest Base Camp – początek #1

wyprawa do everest base camp

Zawsze chciałam zobaczyć Himalaje — i w końcu się udało! Na pierwsze odwiedziny w najwyższych górach świata, wyprawa do Everest Base Camp wydała mi się dobrym pomysłem. Zapraszam na serię wpisów opisujących dzień po dniu trasę prowadzącą „prawie” pod samo podnóże dachu świata.

Tradycyjnie bądź gotów na trochę narzekania, bo wiele rzeczy poszło nie tak — od załamania pogodowego po kradzież moich rzeczy. Będzie trochę pamiętnikowo, trochę merytorycznie, podzielę się też własnymi przemyśleniami… czyli w sumie wszystko po staremu. Jeśli jesteś tu nowy — witaj i rozgość się, opowiem jak wyglądała nasza wyprawa do Everest Base Camp (EBC).

PARĘ SŁÓW O ORGANIZACJI WYJAZDU – Wyparawa do Everest Base Camp

Pierwsza sprawa – nie organizowaliśmy tej wycieczki na własną rękę. Pojechaliśmy z polskim biurem wyprawowym. Zdecydowaliśmy się na to, bo nigdy wcześniej nie byliśmy w tych rejonach, temat turystyki na wyższych górskich szlakach był nam zupełnie obcy, a do tego mieliśmy trochę cykora — w końcu nigdy nie przebywaliśmy na tak dużych wysokościach (Everest Base Camp leży na 5364 m) i nie wiedzieliśmy jak zareaguje nasz organizm. Dlatego postanowiliśmy się rozsiąść i pozwolić innym ogarnąć całą logistykę. 😉

Czy teraz, wiedząc już, jak to wygląda, zdecydowałabym się ponownie skorzystać z usług polskiego biura? NIE. Ale o tym później.
Uprzedzając jednak trochę fakty — odniosłam wrażenie, że polska strona pełni raczej rolę ‘pośrednika’ między klientem a nepalską agencją/nepalczykami, niż faktycznego organizatora wszystkiego od A do Z.
Może to dla wielu oczywistość, ale ja nigdy wcześniej nie jeździłam na zorganizowane wycieczki grupowe, więc po prostu o tym nie wiedziałam. Może wiele moich zastrzeżeń okaże się normą co do takich wyjazdów, ale co tam. Co sobie pomarudze to moje :D.

Cała wyprawa trwała w sumie 19 dni (od wylotu do powrotu) i odbyła się na przełomie października i listopada. Czas spędzony faktycznie na szlaku to dokładnie 12 dni. Długość całkowita trasy Lukla – Everest Base Camp – Lukla, to około 130 km. Wszystko na nóżkach (pieszo). Kwiecień, maj, październik, listopad, to najpopularniejsze miesiące na takie wyprawy. Wtedy pogoda jest najlepsza (hahaaaa oczywiście ta zasada nie sprawdziła się kiedy my tam byliśmy).

Zaczynamy!

Lot do Kathmandu

Nasza wyprawa do Everest Base Camp, jak to zwykle bywa zaczęła się na lotnisku. Najpierw lot z Gdańska do Wawy, potem do Dubaju, żeby w końcu wsiąść na pokład samolotu lecącego do Kathmandu. Nasza grupa liczyła 14 osób, mimo że w opisie wyprawy było zaznaczone, iż miało być do 12 osób. Pięć osób leciało z Warszawy (w tym my), a reszta wraz z przewodnikiem z Krakowa.

Korzystaliśmy z linii Fly Dubai. Już na lotnisku w Warszawie zauważyliśmy, że wiele osób lecących z nami to „górołazy”. Naszym lotem podróżowało jeszcze kilka innych wypraw w różne zakątki Himalajów. Łatwo to było zauważyć, przede wszystkim po wyglądzie pasażerów – wszyscy wyglądaliśmy jakbyśmy prosto z samolotu mieli iść na trekking, ubrani częściowo w odzież, którą przyodziewa się na szlaku. Niektórzy pod pachą nosili swoje duże buty wysokogórskie, więc nie trudno było zgadnąć, jaki był ostateczny kierunek większości podróżujących. Kątem ucha przysłuchiwałam się niektórym rozmowom, próbując wychwycić, czy ktoś z nich wybiera się do Everest Base Camp (EBC). Nie udało się; podsłuchiwałam rozmowy samych „poważnych” zawodników, a nie prostych dolinołazów.

Gdy staliśmy w kolejce do check-in, jeden facet podszedł do nas, zauważywszy, że mamy bagaż wskazujący na to, że idziemy w góry – czyli duffle bag North Face’a. Gdyby się tak przyjrzeć torbom trekkingowym w Himalajach, to wyglądałoby na to, że przynajmniej 50% z nas sponsorował North Face. Wszyscy z tymi duffle bagami… dosłownie trzeba było oznaczać swoje torby, inaczej ktoś mógłby przypadkiem zabrać nie swoją. ALE! Wracając do jegomości, który do nas podszedł – gdy dowiedział się, że my idziemy „tylko” do EBC, chyba uznał, że nie jesteśmy godni dalszej rozmowy, bo on wybierał się zdobyć Mera Peak (6476 m), odparł dumnie. I poszedł. AHA.

Pierwsze niepokojące informacje…

Przesiadając się w Dubaju – gdy liczba górskich turystów jeszcze bardziej wzrosła, bo kolejny lot był już docelowo do Nepalu – doszły nas pierwsze słuchy, że podobno nadchodzi załamanie pogodowe i loty do Lukli za dwa dni stoją pod znakiem zapytania.

Lukla to miasteczko, w którym większość trekkerów zaczyna szlak. Żeby dotrzeć w Himalaje, oprócz samego lotu do Nepalu (do Kathmandu), trzeba odbyć jeszcze wewnętrzny lot do Lukli – helikopterem lub małymi samolotami pasażerskimi. Droga lotnicza jest najczęściej wybieranym sposobem, ale niektórzy decydują się również na trasę pieszo.

Kiedy usłyszałam o tych rewelacjach pogodowych, nie poświęciłam im wtedy wiele uwagi… a miały one później znacząco wpłynąć na naszą wyprawę.

Himalaje z Samolotu – jest to screenshot story z Instagrama, na którym zgrywam się, że to Tatry 😉

Wiza do Nepalu

Gdy w końcu wylądowaliśmy w Kathmandu (Tribhuvan International Airport), zanim mogliśmy rozpocząć naszą przygodę pt. wyprawa do Everest Base Camp na dobre, trzeba było jeszcze załatwić obowiązki imigracyjne. Polacy potrzebują wizy do Nepalu. Nie jest to jednak długi proces, ponieważ wizę otrzymuje się bezpośrednio na lotnisku.

Jeszcze przed wylotem, w Polsce, wypełniliśmy formularz online. Ten sam formularz można wypełnić na miejscu, na lotnisku w Kathmandu. Znajdują się tam specjalne skomputeryzowane stanowiska, ale do nich często ustawiają się kolejki. Aby zaoszczędzić czas, lepiej wypełnić formularz wcześniej w domu i wydrukować potwierdzenie. Na stronie imigracyjnej można od razu zapłacić za wizę do Nepalu, ale my woleliśmy zrobić to dopiero na lotnisku.

Ustawiliśmy się więc w kolejce, żeby zapłacić za wizę — 50 dolarów amerykańskich za opcję 30-dniową. Po uiszczeniu opłaty (gotówką) udaliśmy się do kontroli paszportowej. Strażnik przykleił nam wizę do paszportu, tym samym symbolicznie otwierając nam drzwi do Nepalu.

Uwaga: opisane powyżej informacje dotyczące procedur wizowych mają charakter wyłącznie relacji z podróży i nie stanowią porady prawnej ani oficjalnych wytycznych imigracyjnych.

Przywitanie na lotnisku

Po odebraniu bagażu ruszyliśmy na poszukiwanie osoby, która miała nas odebrać z lotniska. Przy wyjściu z budynku czekała na nas dwójka Nepalczyków z kartką, na której widniała nazwa firmy wyprawowej, z którą przylecieliśmy. W ramach powitania nałożyli nam na szyje białe szale – tzw. khata – które symbolizują m.in. życzenia pomyślności. Później nie bardzo wiedzieliśmy, co z nimi zrobić, więc zostawiliśmy je w bagażu, który trafił do hotelowego depozytu. Jak się później okazało, lepszym pomysłem byłoby zabranie ich ze sobą w Himalaje i przewiązywanie na mijanych po drodze mostach, które na całej długości obwieszone są takimi szalami oraz modlitewnymi flagami.

Poczekaliśmy na resztę ekipy i pojechaliśmy do hotelu. Do innego niż ten, w którym – zgodnie z planem – mieliśmy się zatrzymać, ponieważ podobno w docelowym nie było już miejsc. Później dowiedzieliśmy się, że w Nepalu wszystko działa na zasadzie kontaktów. Nasz nepalski „ogarniacz wszystkiego”, będę nazywać go fixerem, załatwiał hotel, bo jego wujek był właścicielem, firmę przewozową, bo należała do kuzyna, szerpę na miejscu – znów wujek – a przelot do Lukli, bo to firma jego brata. Bez kontaktów ani rusz 😀

Na koniec podróży (po odbyciu treku do Everest Base Camp) zatrzymaliśmy się już w hotelu docelowym (nie u wujka naszego nepalskiego „fixera”), ponieważ część ekipy oburzyła się, że standard w hotelu wujkowym nie był taki, jak zapowiadany (np. grzyb w łazience). I mieli racje.

Pierwsze Komplikacje – załamanie pogodowe

W hotelu zameldowaliśmy się koło trzeciej. Ekipa z Krakowa miała przylecieć dopiero wieczorem, więc ten czas mieliśmy dla siebie. Po doprowadzeniu się do stanu używalności poszliśmy z Andym na krótki rekonesans po okolicy.

wyprawa do everest base camp

Od razu zwróciliśmy uwagę na częsty brak chodników w węższych uliczkach, co przy sporym natężeniu ruchu na początku sprawiało mały dyskomfort… Obawa, że zaraz ktoś cię potrąci, była całkiem spora. Szybko jednak się do tego przyzwyczailiśmy. Kierowcy są oswojeni z jazdą w takich warunkach, więc obyło się bez ofiar. BTW, w Nepalu obowiązuje ruch lewostronny.

Kolejną rzeczą, która zwraca uwagę, jest pył unoszący się w powietrzu. Sporo uliczek nie jest pokrytych asfaltem. Nawet niewielkie natężenie ruchu sprawia, że kurz rusza do akcji i atakuje nasze drogi oddechowe. Niektórzy sklepikarze polewają piaskową drogę wodą, ale niestety niewiele to pomaga.

wyprawa do everest base camp Kathmandu
Kathmandu Nepal

Potem poszliśmy coś zjeść i wróciliśmy do hotelu. Nie wiedzieliśmy, o której dokładnie ma pojawić się krakowska ekipa, nie było też żadnej informacji o spotkaniu grupowym. Uznaliśmy więc, że pewnie spotkamy się dopiero jutro przy śniadaniu, i poszliśmy spać. W końcu następnego dnia mieliśmy jeszcze spędzić cały dzień w Katmandu, a do Lukli wylatywać dopiero kolejnego dnia. Więc na luzaku!

Koło dziesiątej wieczorem obudził nas dzwoniący hotelowy telefon. To polski przewodnik dzwonił z informacją o pilnym spotkaniu w lobby za pół godziny, ponieważ szykowała się spora zmiana planów ze względu na nadchodzące załamanie pogodowe.

Zebraliśmy się wszyscy na kanapach przy recepcji, przy okazji poznając się nawzajem. Co ciekawe, z Andym byliśmy jednymi z młodszych uczestników wyprawy — a wcale młodzi już nie jesteśmy. Większość osób miała po czterdzieści lub pięćdziesiąt lat, były też osoby 60+. Ogólnie na szlaku zauważyliśmy, że zdecydowaną większość stanowią osoby „dojrzałe”, a nie dwudziestolatkowie żądni przygód. Więc jeśli myślisz: jestem za stara/y na takie ekscesy — to absolutnie nie!

Wylot jutro!

Czekały na nas nieciekawe wieści. Za dwa dni miało nastąpić załamanie pogodowe, które miało potrwać przez kolejne parę dni. O tej porze roku nie powinno być tam monsunów, ale oczywiście – jak tylko się pojawiliśmy – takowy się pojawił.

Dzień jutrzejszy (poniedziałek) miał być ostatnim przez najbliższe kilka dni, kiedy jakikolwiek transport latający będzie w stanie polecieć do Lukli. My mieliśmy lecieć we wtorek – i to nie bezpośrednio z Kathmandu, lecz z Ramechhap, lotniska oddalonego o 135 km od stolicy Nepalu. Odległość może nie brzmi źle, ale ze względu na bardzo słaby stan dróg podróż zajmuje nawet 7 godzin. (jechaliśmy tą trasą w drodze powrotnej – MASAKRA!!!!)

W związku z nagłą sytuacją zmieniono plany i zamiast lecieć we wtorek, mieliśmy lecieć już jutro – w poniedziałek. Zamiast startować z Ramechhap, lecieliśmy z Kathmandu. Zamiast małym samolotem pasażerskim – helikopterem. Szybka reakcja naszego fixera sprawiła, że wszystko było gotowe niemal od ręki.

Ponieważ helikopter jest jednak droższym środkiem transportu, każdy musiał dopłacić 150 dolarów od osoby. Zwykle taki lot potrafi kosztować nawet 500 dolarów. Część kosztów została pokryta z naszego pierwotnego biletu do Lukli, a dodatkowo dostaliśmy sporą zniżkę, ponieważ firma helikopterowa należała do brata naszego fixera. Ah te znajomości :D.

Szybka akcja i pakowanie

Wróciliśmy do pokoju i od razu zabraliśmy się za przepakowywanie. Na lotnisku kolejnego dnia mieliśmy być o 11:00, więc rano nie byłoby na to czasu, zwłaszcza że po śniadaniu planowaliśmy jeszcze wymienić gotówkę i zrobić zakupy.

Do Nepalu najlepiej przylecieć z dolarami. Złotówek raczej na pewno nie da się tam wymienić, a zdecydowana większość turystów przyjeżdża z „zielonymi”. Co ważne – najlepiej, żeby były to nowe banknoty, z niebieskim paskiem. Bez niego może być problem z wymianą. My mieliśmy jedną starszą stówkę i nie chcieli jej przyjąć.

Przed snem łyknęliśmy jeszcze Diuramid – lek, który m.in. pomaga w aklimatyzacji. W całym zamieszaniu zamiast wziąć połowę tabletki, wzięliśmy całą. W efekcie w nocy wstawaliśmy chyba osiem razy do kibla. Diuramid jest moczopędny, ale takiego szaleństwa się nie spodziewałam 😄

Parę osób z naszej grupy chciało na miejscu kupić plecaki na trekking. Kathmandu – jak i zresztą miejscowości już na szlaku – to jedno wielkie targowisko podróbek. Sprzedają wyroby chyba każdej popularniejszej outdoorowej marki. Oczywiście jakość tego wszystkiego jest znacznie gorsza od oryginałów. Natomiast jeżeli komuś zależy tylko na znaczku z logo, na pewno będzie zadowolony. My podczas porannych zakupów dokupiliśmy tylko papier toaletowy, który trzeba koniecznie ze sobą mieć i byliśmy gotowi do drogi…

Ale o tym już w następnym poście! 😀

Share

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *