Najbardziej Niebezpieczne Lotnisko na Świecie – EBC #2

Najbardziej Niebezpieczne Lotnisko na Świecie Lukla

Gdy w końcu dotarliśmy do Nepalu, nadszedł czas na rozpoczęcie wyprawy do Everest Base Camp na dobre. A gdzie najwięcej osób zaczyna swoje himalajskie przygody? W Lukla! W miasteczku, gdzie znajduje się najbardziej niebezpieczne lotnisko na świecie 

Ten post to kontynuacja opisu relacji naszego treku do EBC. Poprzedni post zakończył się w Kathmandu – znajdzesz go TUTAJ. Zachęcam do przeczytania, bo już pierwszego dnia natrafiliśmy na spore komplikacje, które wpływają na to co będzie działo się w tym poście.

Lot helikopterem do Lukli mieliśmy zaplanowany na godzinę 11:00. Nagła zmiana planów wprowadziła nieco chaosu, ponieważ wielu z nas nie było jeszcze w pełni gotowych na rozpoczęcie trekkingu do Everest Base Camp. Wymianę waluty, zakup toreb, plecaków, prowiantu i innych brakujących drobiazgów musieliśmy ogarnąć w zaledwie dwie godziny. Ruszyliśmy całą ekipą, by jak najszybciej dopiąć wszystko na ostatni guzik.

Ponieważ ja i Andy wieczór wcześniej zaczęliśmy brać Diuramid (lek pomagający w aklimatyzacji), po 30 minutach musieliśmy odłączyć się od grupy i pilnie poszukać toalety. Lek ten działa silnie moczopędnie, więc przez kolejne kilka dni naszym głównym logistycznym wyzwaniem stało się planowanie przerw na siku i korzystanie z każdej nadarzającej się okazji, by wejść do toalety. Jak widać, nawet w takich kwestiach odpowiednia strategia jest niezbędna! 😀

Udało nam się chociaż po drodze wymienić pieniądze. 500 dolarów dało nam około 75 000 rupii nepalskich. Grubość pliku pieniędzy była imponująca — chyba nigdy wcześniej nie trzymałam w ręku tylu banknotów.

Droga na lotnisko

Z hotelu na lotnisko zawiózł nas biało-zielony bus z napisem „Tourist Only” i zielonymi tablicami rejestracyjnymi. Pojazdów z takim oznaczeniem widzieliśmy całkiem sporo. Ktoś powiedział mi, że dzięki temu nie są one zatrzymywane do kontroli, ale ta teoria szybko upadła — akurat nasz bus został „poproszony na bok” w celu wylegitymowania kierowcy. Ogólnie jednak pojazdy z takim oznaczeniem oferują wyższy standard niż zwykły transport publiczny i są lepiej wyposażone. Istotną rolę odgrywają też kwestie bezpieczeństwa — uważa się je za lepiej sprawdzoną opcję. W w sytuacjach kryzysowych, na przykład podczas strajków, podobno istnieje większa szansa, że autobus „Tourist Only” zostanie przepuszczony dalej niż zwykły tego typu pojazd. Innymi słowy, zapewniają one większą mobilność.

Jadąc na lotnisko, zwraca moją uwagę względna czystość ulic. Geograficzna bliskość Indii wpłynęła na moje postrzeganie — trochę spodziewałam się śmieciowiska, tymczasem nic z tych rzeczy. 😉

Stojąc w korku na światłach, nasz bus jest raz po raz okrążany przez biedniejszych przedstawicieli nepalskiego społeczeństwa. Kobiety i dzieci pukają w szyby, prosząc o datki. Podzielenie się kawałkiem przed chwilą wymienionej rupii nepalskiej sprawia, że jeszcze więcej osób zaczyna otaczać autobus. Wzbudza to dyskomfort i trudno ocenić, jak się zachować. Z jednej strony w Nepalu — jak w większości krajów — część żebractwa jest zorganizowana, a najczęściej wykorzystywane są w nim dzieci. Nie chce się wzmacniać tego „systemu”. Z drugiej strony Nepal to bardzo biedny kraj i nawet niewielki datek może pomóc. Ciężko wiedzieć, jak postąpić.

Lotnisko w Kathmandu – Tribhuvan International Airport

W końcu ruszamy dalej. Zanim dotrzemy na lotnisko, przejeżdżamy obok parku, po którym na totalnym luzie przechadzają się rude małpy. Lotnisko jest to samo, na którym lądowaliśmy poprzedniego dnia. Tym razem jednak zamiast kierować się do części obsługującej loty międzynarodowe, idziemy do terminala lotów wewnętrznych.

Przed budynkiem stoi naprawdę spora kolejka. Żeby w ogóle wejść do środka, każdy musi prześwietlić swój bagaż. Na miejscu spotykamy naszego fixera, który przeprowadza naszą grupę przez tłum, dzięki czemu unikamy stania w kolejce. Nikt specjalnie się nie burzy — może ktoś coś powiedział, ale nie zorientowałam się, bo nie znam nepalskiego. Ja na pewno nie byłabym zachwycona. 😛

Prześwietlanie bagaży wydaje mi się zorganizowane dość powierzchownie. Nie jestem nawet pewna, czy ktoś naprawdę uważnie spogląda w monitor. Ale odbębnione to odbębnione – plecak przejechał przez taśmę. Kątem oka dostrzegam znaczek toalety — jest okazja, czemu by nie skorzystać. Zostaję jednak zatrzymana, bo trzeba się szybko przeorganizować.

Najpierw proszą nas o wejście na wagę z plecakami podręcznymi, a potem ważą osobno nasze duże bagaże. Na tej podstawie dzielą nas na grupy do helikopterów. Rozdzielają mnie z Andym, bo podobno Andy jest „too big”. Ląduję w pięcioosobowej grupce z trzema kobietami i jednym facetem. Zbierają nasze paszporty, pobierają dodatkową opłatę lotniskową (chyba 500 albo 250 rupii) i każą zostawić bagaże na środku lotniska, bo „ktoś je zabierze dalej”.

Procedury po nepalsku

Przyznam, że europejskie serce, przyzwyczajone do procedur i zasad bezpieczeństwa — nieoddawania dokumentów i niepozostawiania bagażu bez opieki — odczuwa lekką konsternację. Chyba wszyscy w naszej grupie mieli podobnie, haha. Dosłownie zostawiliśmy nasze bagaże posegregowane w kupkach, w zależności od helikoptera, na środku lotniska, bez żadnego nadzoru. Teoretycznie każdy mógłby do nich podejść i je zabrać. Oczywiście pewnie takie rzeczy się tam nie zdarzają… ale jednak myślisz o tym.

Dają nam bilety do ręki, mówią, przy którym stanowisku każda grupka ma czekać, i kierują nas na kolejne prześwietlenie. Tym razem kontrola jest już dokładniejsza — zostaję nawet poddana „macankom”. Nasza grupa zostaje podzielona na cztery helikoptery i właściwie z większością osób nie widzimy się aż do momentu dotarcia do Lukli. Każdy odlatuje w innym czasie.

Po tej stronie lotniska jest już spokojniej. Pierwsze, co robię, to rozglądam się za toaletą — Diuramid szybko nauczył mnie nowych priorytetów. Jest już dawno po 11:00, kiedy przychodzi po nas ziomeczek, który zawozi nas busikiem do miejsca, z którego odlatują helikoptery. Przejeżdżamy całkiem sporą trasę lotniskowymi drogami.

Helikopter Lukla
najbardziej niebezpieczne lotnisko na świecie 

Na płycie stoimy jakieś 40 minut, zanim nadejdzie nasza kolej. Czas jednak szybko mija — obserwujemy startujące i lądujące samoloty oraz helikoptery. Przed lotem zostają nam wyjaśnione zasady bezpieczeństwa. Naszym pilotem — a właściwie pilotką — jest Nowozelandka. Gdy mówię, że Andy, mój chłopak, jest z Nowej Zelandii, odpowiada bez wahania: „Jeju, najgorzej!” XD

Helikopter Lukla najbardziej niebezpieczne lotnisko na świecie 

Lecimy!

Lot trwał około 40–50 minut, a widoki były naprawdę piękne. Niestety podczas treku skradziono mi telefon, dlatego mam bardzo niewiele materiałów „z ręki”. Przez część opisu wyprawy będę więc w dużej mierze opierać się na relacjach, które wcześniej udostępniałam na Instagramie. Oczywiście mieliśmy ze sobą aparat, jednak przez pierwsze pięć dni intensywnie padało, więc w ogóle z niego nie korzystaliśmy. Proszę więc o wyrozumiałość dla jakości materiałów w tej części 🙂.

Poniżej zamieszczam filmik z pierwszej fazy lotu nad Kathmandu.

Bez większych problemów wylądowaliśmy na….

Najbardziej niebezpieczne lotnisko na świecie – Lukla Tenzing-Hillary Airport

A przynajmniej za takie uchodzi w większości rankingów najbardziej niebezpiecznych lotnisk na świecie 😉 Dlaczego?

Pierwszym powodem jest jego położenie. Lotnisko znajduje się w wąskiej dolinie, położonej na wysokości 2860 m n.p.m. Takie umiejscowienie daje pilotom bardzo ograniczone pole manewru.

Pas startowy jest niezwykle krótki — ma zaledwie 527 metrów. Co więcej, jest nachylony. Samoloty lądują „pod górę”, w kierunku wyższej części pasa, co pomaga im wyhamować na tak krótkim odcinku. Podczas startu natomiast zjeżdżają w dół, dzięki czemu szybciej osiągają prędkość startową. Lotnisko z jednej strony kończy się ścianą zbocza, a z drugiej urwiskiem — margines błędu jest tu więc minimalny. Z tych powodów nie ma mowy o lądowaniu „zwykłych” samolotów pasażerskich. W Lukli lądują wyłącznie małe samoloty (np. DHC-6 Twin Otter) oraz helikoptery.

Najbardziej Niebezpieczne Lotnisko na Świecie Lukla
Najbardziej niebezpieczne lotnisko na świecie – Lukla

Kolejnym czynnikiem są szybko zmieniające się warunki pogodowe. Pogoda w Himalajach potrafi zmienić się w ciągu kilku minut — mgła, silny wiatr, opady śniegu czy deszczu mogą pojawić się nagle i bez ostrzeżenia. Loty często są opóźniane lub odwoływane, a piloci muszą reagować natychmiast.

My lądowaliśmy na lotnisku Tenzing-Hillary helikopterem, więc dreszczyk emocji związany z hamowaniem na krótkim pasie i obawa, że zatrzymamy się na ścianie zbocza, nas nie dotyczyły.

Najbardziej Niebezpieczne Lotnisko na Świecie Lula
Najbardziej niebezpieczne lotnisko na świecie – Lukla

Najbardziej niebezpieczne lotnisko na świecie nosi imiona osób, które jako pierwsze (oficjalnie) zdobyły szczyt Mount Everest. Szerpa Tenzing Norgay oraz Nowozelandczyk Edmund Hillary stanęli na „dachu świata” 29 maja 1953 roku. Co więcej, budowa lotniska była nadzorowana właśnie przez Hillary’ego. Ciekawostką jest fakt, że choć lotnisko powstało w 1964 roku, dopiero w 2001 roku doczekało się utwardzenia pasa startowego.

Lotniskowy chaos vol. 2

Po wyjściu z helikoptera zapanował totalny chaos. Zaprowadzono nas do bramy lotniska i… tyle. Zostaliśmy sami. Teoretycznie teren był „tylko dla upoważnionych”, ale w praktyce każdy chodził, gdzie chciał — my zresztą też. Krążyliśmy tam i z powrotem, próbując znaleźć resztę ekipy. W końcu ktoś przywiózł nasze bagaże na wózku, postawił je przy bramie i zniknął. I co teraz?

Po chwili spotkaliśmy część naszej ekipy. Ktoś im powiedział, że możemy iść na herbatę. Ale kto? I gdzie dokładnie mamy iść? Średnio uśmiechało mi się zostawianie bagażu, wokół którego kręciło się mnóstwo randomowych osób. Uznałam więc, że poczekam na helikopter Andiego — leciał nim również nasz przewodnik. Czekając, weszłam do budynku i… zgadnij co. Tak, poszłam do toalety. Myślę, że spokojnie mogłabym napisać mały przewodnik po miejscówkach, gdzie „da się iść na stronę” 😄. Budynek lotniska zbajdujący się obok miejsca, gdzie lądują helikoptery jest dość… surowy.

Ale mają kible i sklepik, więc co będę narzekać!

W międzyczasie wylądował helikopter z Andym i przewodnikiem na pokładzie. Ich wózek z bagażami ustawiono obok naszego. Przewodnik był wyraźnie zdziwiony, gdzie podziała się reszta ekipy. Zaczęło się długie dzwonienie i próby ustalenia, co dalej. Nadal nie wiedzieliśmy, czy tego dnia śpimy w Lukli, czy ruszamy dalej. Co jakiś czas wystawiałam nos z budynku, żeby sprawdzić, czy nasze bagaże wciąż stoją przy bramie. Aż w końcu… nie stały. Zniknęły. Kto je zabrał? Nie wiadomo. Pojawił się lekki stres, bo organizacja na tym lotnisku pozwalała na to, by bagaż mógł zabrać dosłownie każdy. Najbardziej niebezpieczne lotnisko na świecie powinno chyba mieć dopisek, że jest też jednym z najbardziej niezorganizowanych 😛.

Czekaliśmy jeszcze na jeden helikopter, którym miała przylecieć ostatnia część ekipy. Okazało się jednak, że maszyna miała awarię — śmigło przestało działać prawidłowo w trakcie lotu i musieli zawrócić do Kathmandu. Nie wiadomo było, ile to potrwa, więc ruszyliśmy na poszukiwania reszty grupy, licząc przy okazji, że dowiemy się, gdzie są nasze torby. Znów kilka telefonów i ruszamy. Po drodze minęliśmy jedną z kobiet z naszej grupy, która wracała na lotnisko, bo nie mogła znaleźć swojego bagażu. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że ktoś zabrał część ekwipunku do hoteliku, w którym mieliśmy zjeść lunch.

Całe szczęście — po dotarciu na miejsce zobaczyliśmy naszą torbę leżącą na kupce innych. Uff!

Usiedliśmy, wypiliśmy po zupce czosnkowej i po raz pierwszy zanurzyliśmy usta w ginger lemon honey tea — magicznym trunku, który ma chronić przed wszystkim, co złe na trasie do Everest Base Camp. Nie było dnia, żebyśmy go nie pili. Oczywiście pod koniec wyprawy nie mogliśmy już na niego patrzeć… zresztą jak na wiele innych rzeczy 😉

Lukla

Decyzja zapadła: zostajemy na noc w Lukli. Mieliśmy spać w tym samym miejscu, w którym zatrzymaliśmy się na lunch. Zataszczyliśmy więc bagaże do niewielkiego pokoiku, w którym — oprócz dwóch łóżek i szafki nocnej — znajdował się… pokój z kiblem. Prywatnej toalety absolutnie się nie spodziewałam. Na filmiku poniżej możesz zobaczyć, jak mniej więcej wyglądał nasz pokój.

Kolacja była zaplanowana na 18:30, więc do tego czasu mieliśmy chwilę wolnego. Postanowiliśmy wykorzystać ją na krótki spacer po Lukli — niewielkim miasteczku położonym na wysokości 2860 m n.p.m. Przeszliśmy się główną ulicą, przy której znajduje się mnóstwo sklepików i kafejek. Można tu kupić jedzenie albo uzupełnić sprzęt, jeśli czegoś zapomniało się zabrać.

Lukla Nepal
Lukla Nepal
Widoki z Lukli

Ogólnie rzecz biorąc, jeśli chodzi o jedzenie i podstawowe wyposażenie na trasie, nie ma się czym martwić — nawet w najmniejszych osadach da się dokupić potrzebne rzeczy. Trzeba jednak pamiętać, że w przypadku ubrań, plecaków czy butów jakość bywa… umowna. Kurtka Arc’teryx kusząca ceną na wystawie raczej nie jest oryginałem. Na straganach bez problemu znajdziesz podróbki większości znanych marek outdoorowych. Jako zakup awaryjny — w porządku. Ale jeśli liczysz na trwałość, możesz się mocno rozczarować. Widziałam nawet osobę, która na ulicy szyła buty La Sportivy (z tego, co pamiętam), więc warto mieć oczy szeroko otwarte 😉

himalaje
Widoki z Lukli

Oczywiście na trasie do EBC są też sklepy z oryginalną odzieżą np. w Namche Bazaar.

Na ulicach Lukli kręci się sporo bezdomnych piesków. Nie wyglądają na głodne — na brak jedzenia raczej nie narzekają — ale na brak miłości już zdecydowanie tak.

Lukla Nepal psy

Przechadzając się uliczką, mijamy małą rzeźnię lub masarnię. Każdy, kto jeszcze zastanawiał się nad jedzeniem mięsa w lokalnych „restauracjach” podczas trekkingu, zapewne po tym widoku ostatecznie pomyślał: może lepiej przez najbliższe dwa tygodnie zostać wegetarianinem. Jeśli chodzi o przestrzeganie zasad higieny w owej masarni — delikatnie mówiąc — wyglądało to dość zachowawczo…

Na szlaku trekkerzy są zazwyczaj zachęcani, żeby unikali dań mięsnych, jeśli to możliwe. Wiele himalajskich restauracyjek nie ma lodówek, a wbrew pozorom nie panują tam cały czas minusowe temperatury. Za dnia potrafi być naprawdę ciepło, a mięso bywa często transportowane pieszo, co niestety wpływa na jego świeżość. Oczywiście wielu trekkerów i tak je dania mięsne, ale jeśli chcesz zwiększyć szanse na bezproblemowe dotarcie do EBC i uniknąć nieprzyjemności żołądkowych, lepiej odłożyć mięso na bok na czas trekkingu.

Dochodzimy na koniec głównej ulicy w Lukli, gdzie ukazuje się brama, którą jutro przekroczymy, rozpoczynając nasz trekking do Everest Base Camp…

Lukla brama everest base camp trek

Wracamy do lodży. Po drodze Andy zostaje zmacany przez nepalskie dzieci, które bardzo zainteresowały jego tatuaże na nogach. W końcu siadamy do kolacji. Wszyscy zamawiają Dal Bhat — tradycyjne nepalskie danie składające się z ryżu, zupy z soczewicy, warzyw i pikantnych dodatków. Pierwszy raz tego wieczoru słyszymy słynną frazę: „Dal Bhat Power 24 hour!”

Lukla dzieci

Idziemy spać… jutro wielki dzień — zaczynamy trekking do Everest Base Camp. Gdyby tylko sąsiedzi zza papierowej ściany nie darli się do północy, może byśmy się nawet wyspali…

Share

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *