Himalaje w Deszczu: Lukla – Namche Bazaar -EBC #3

Everest Base Camp trekking himalaje w deszczu

Jednym z głównych powodów, dla których wyprawy do Everest Base Camp odbywają się w określonych miesiącach wiosennych i jesiennych, jest pogoda. To właśnie wtedy powinna być ona najlepsza. Oczywiście, gdy my pojawiliśmy się na szlaku, Himalaje postanowił odwiedzić monsun, który nie tylko zmienił nasze plany przylotu do Lukli, ale wpłynął też na pierwsze pięć dni na szlaku.

Ten post to kontynuacja opisu relacji naszego treku do EBC. Poprzedni post zakończył się w Lukla – znajdzesz go TUTAJ.

Wyprawa do Everest Base Camp miała się dzisiaj rozpocząć na dobre. To tego dnia postawiliśmy pierwsze kroki na szlaku. Wedle planu mieliśmy ruszyć o 8.30 zaraz po śniadaniu, którym był pancake z dżemem. ALE PADAŁO. Prognozy wskazywały, że deszcz ma zmaleć około 10.30, to też postanowiliśmy poczekać. Czas nas mocno nie gonił, bo celem na dzisiaj była oddalona o ok. 8 km osada Phakding. Polecono nam tylko wystawić nasze duże bagaże z pokoi na korytarz (aby portierzy je zabrali) i czekać (sami na plecach nosimy tylko plecaki podręczne, ja miałam ze sobą placak 35l).

Portierzy to osoby odpowiedzialne za przenoszenie naszych głównych bagaży między miejscami, w których nocowaliśmy. Rano odbierali torby spod naszych pokoi i dostarczali je do kolejnego miejsca noclegu. Korzystanie z ich usług było opcjonalne, jednak zalecane.

Pogoda jednak o wyznaczonej porze nie zmieniła się wiele, więc musieliśmy ruszyć w deszczu. Dzień wcześniej nasz przewodnik zachęcał, abyśmy wszyscy kupili parasolki. Chodzić z parasolką w himalajach?! To się nie godzi! Jako jedni z niewielu postanowiliśmy się wyłamać i ich nie kupować. Zabraliśmy ze sobą czarne płaszcze przeciwdeszczowe, zakrywające również nasze plecaki i uznaliśmy, że to wystarczy. Dłonie natomiast ukryliśmy w gumowch rękawicach roboczych :D. Moja stylóweczka na szlaku prezentowała się tak:

everest base camp

Skład ekipy

Wychodząc z pokoju, zauważyliśmy, że naszych bagaży już nie było — zabrali je portierzy, których wcześniej nikt nam nie przedstawił. Nie przedstawiono nam również dwóch szerpów ani dodatkowej osoby, które miały towarzyszyć nam przez cały trekking. Po prostu nagle się pojawili, a grupa sama, z czasem, ustaliła, kto jak się nazywa i za co odpowiada. Uważam, że było to dość słabe z organizacyjnego punktu widzenia.

Miałam też wrażenie, że nasz przewodnik, choć bardzo sympatyczny, do wielu kwestii podchodził dość obojętnie. Okazało się również, że był to jego pierwszy trekking do Everest Base Camp, więc nie dowiedzieliśmy się od niego zbyt wielu ciekawostek czy praktycznych informacji związanych z trasą.

A więc skład naszej ekipy wyglądał tak:

  • Przewodnik (Polak)
  • Karma – główny sherpa
  • Kipa – drugi sherpa
  • Nabin – pomocnik, wspaniały człowiek! zawsze uśmiechnięty i uczynny, mój ulubony członek wyprawy
  • Portierzy – do dzisiaj nie wiem ilu ich było i jak mieli na imię. Portierzy nosili nasze główne bagaże pomiędzy odcinkami. Korzystanie z ich usług było dobrowolne, ale każdy z naszej ekipy zdecydował się na tę opcje (za dodatkową opłatą). Portierzy nie szli z nami w grupie. Ruszali zawsze wcześniej i docierli do miejsca docelowego przed nami.
  • Turyści, czyli my. Grupa 14 osób.

Karma, Kipa i Nabin dbali o to żebyśmy się nie pogubili. Zawsze któryś z nich otwierał i zamykał grupę, aby nikt nie został w tyle sam.

Ruszamy do Phakding

Opuściliśmy Lukle przechodząc przez National Luminary Pasang Lhamu Memorial Gate. To pamiątkowa brama, postawiona na cześć pierwszej Nepalki, która zdobyła szczyt Mount Everest.

Większość drogi do Phakding prowadzi w dół. Na tym odcinku tracimy nieco wysokości — Lukla leży na 2860 m n.p.m., a Phakding na 2610 m n.p.m. Trasa prowadzi głównie ścieżką wyłożoną kamieniami. Zresztą duża część drogi do Everest Base Camp polega właśnie na marszu po kamiennych nawierzchniach. Wiele podejść pod górę to kamienne lub betonowe schody, czego osobiście nie jestem fanem. Zdecydowanie wolę podchodzić zwykłą ścieżką niż wysoko unosić nogi, pokonując kolejne stopnie.

Widoki są niestety zerowe — wzgórza i szczyty skrywają się w szarej mgle. Nie żebyśmy się specjalnie rozglądali. Większość czasu idziemy z twarzami skierowanymi ku ziemi, uważając, gdzie stawiamy stopy, żeby nie poślizgnąć się na mokrych kamieniach.

Co jakiś czas mijamy karawany osiołków oraz krzyżówek jaka z krową, czyli tzw. dzo/dzomo. Co ciekawe, poganiacze zwierząt w większości noszą parasolki. Hmmm 😉 Na trasie zwierzęta mają pierwszeństwo, więc piechurzy schodzą na bok, żeby przypadkiem nie dostać rogiem od któregoś z dzo.

Gdzieś w połowie drogi do Phakding zatrzymujemy się na lunch. Mamy do wyboru Dal Bhat albo pierożki momo. Mnie natomiast głównie interesuje, gdzie jest toaleta, bo diuramid nie odpuszcza mojemu pęcherzowi ;). Miejsca, gdzie się stołujemy, są z góry ustalone, nie ma więc opcji pt. „a zmęczyliśmy się, to zatrzymajmy się spontanicznie na browarka”.

Podczas trekkingu mieliśmy zapewnione trzy posiłki dziennie — śniadanie, lunch oraz kolację. Zatrzymywaliśmy się w lokalnych „knajpkach” i tea house’ach, gdzie zamawialiśmy dania z menu. Ze względu na dość dużą grupę zwykle wcześniej ustalaliśmy około pięciu potraw, spośród których każdy wybierał coś dla siebie.

Najedzeni ruszyliśmy dalej. Pogoda nadal nie rozpieszczała. Tuż przed Phakding trzeba było przedostać się mostem na drugą stronę rzeki Dudh Kosi. Zanim udało nam się wejść na most, musieliśmy odczekać co najmniej pół godziny, ponieważ akurat przeprawiało się nim wiele grup z dzo i osiołkami. Konstrukcja jest dość wąska, więc trudno współdzielić ją ze zwierzętami nadciągającymi z naprzeciwka.

Pierwszy ocinek zrobiony!

Nasz tea house, czyli miejsce noclegu, znajdował się na drugim końcu Phakding. Sam obiekt był całkiem w porządku, ale w pokoju panował okropny ziąb. Szczerze mówiąc, takich temperatur spodziewałam się dopiero za kilka dni trekkingu. Deszczowa, chłodna pogoda oraz słaba izolacja budynku sprawiły jednak, że już drugiego dnia chodziłam jednocześnie w polarze i puchówce. Na plus można zaliczyć to, że ponownie mieliśmy łazienkę w pokoju, co bardzo się przydało w nocy, kiedy dopadło mnie zatrucie pokarmowe.

Gdy tylko się rozpakowaliśmy, ruszyliśmy do jedynego ciepłego miejsca w każdym tea housie — części wspólnej, w której je się posiłki i spędza wolny czas. Pokoje nie są ogrzewane, więc wszyscy gromadzą się właśnie tam. Znajduje się tam również koza, która tego dnia była otoczona stertą butów i ubrań czekających na odrobinę ciepła, żeby w końcu wyschnąć.

My natomiast przyszliśmy uzupełnić płyny

Zamawiamy dwulitrowy termos ginger lemon tea i integrujemy się z grupą. Razem z Andym dokładnie pilnujemy, ile litrów płynów wypijamy każdego dnia. Mówi się, że na wysokości najlepiej przyjmować około 4–5 litrów płynów dziennie, ponieważ pomaga to w aklimatyzacji i zmniejsza ryzyko cięższego przebiegu choroby wysokościowej.

Nie jest to jednak łatwe zadanie. Wydaje mi się, że podczas całej wyprawy może tylko 2 razy udało mi się osiągnąć ten cel.

Co piliśmy? Na postojach zamawialiśmy termosy z ciepłymi napojami, a na trasie piliśmy przefiltrowaną kranówkę. Korzystaliśmy z butelek Water-to-Go, do których nalewaliśmy wodę prosto z kranu. Sporo osób z naszej grupy również używało takich butelek.

Kolacje i śniadania odbywały się zawsze o ustalonej godzinie, więc czekaliśmy, aż będzie można zamówić jedzenie. W międzyczasie ludzie rozmawiali, grali w gry albo omawiali sytuację pogodową ze swoimi przewodnikami. A nasi przewodnicy? Cisza w eterze.

Kupiliśmy internet na 24 godziny za 500 rupii nepalskich — im wyżej, tym ceny były większe — żeby sprawdzić na facebookowych grupach dotyczących Everest Base Camp, co właściwie dzieje się na trasie. Czytaliśmy o alertach pogodowych i osobach uwięzionych na większych wysokościach, które nie mogły ani iść dalej w górę, ani zejść na dół. My na niższych wysokościach zmagaliśmy się głównie z deszczem, a ci wyżej — ze śniegiem, który w dużych ilościach bardzo utrudniał, a momentami wręcz uniemożliwiał trekking. Podobno najgorszy miał być piątek, a poprawa pogody prognozowana była dopiero na niedzielę — a przecież był dopiero wtorek.

Tymczasem nasi przewodnicy nic nie mówili o potencjalnych trudnościach. Uznałam więc, że skoro ktoś ma wiedzieć najlepiej, to właśnie oni, a ludzie na grupach internetowych pewnie trochę przesadzają…

Czas na kolejne przeboje

W końcu podano kolację. Ja skusiłam się na smażony makaron z warzywami. Co prawda mówi się, że na trekkingu lepiej unikać smażonych potraw, ale uznałam, że na tej wysokości mogę jeszcze „zaryzykować”.

Około pierwszej w nocy obudził mnie silny ból brzucha i wyraźne poczucie, że zawartość mojego żołądka chce jak najszybciej wydostać się na zewnątrz. Nie było sensu jej zatrzymywać, więc przez kolejną godzinę regularnie odwiedzałam toaletę, wypuszczając gości drogą ustną prosto do sedesu. I wtedy naprawdę doceniłam fakt, że mieliśmy pokój z własną łazienką.

Dość szybko domyśliłam się, co mogło mi zaszkodzić. Wystarczyło, że pomyślałam o tym warzywnym miksie, a robiło mi się niemal zielono. Problem polegał jednak na tym, że — jak później odkryłam — ten sam zestaw warzyw pojawiał się praktycznie wszędzie i w większości dań wegetariańskich oznaczonych jako „vegetables”. Ten sam miks w ryżu, ten sam w pierożkach momo, ten sam w warzywnym kotlecie do burgera, a nawet na pizzy. Wciąż ten sam smak.

A ponieważ już drugiego dnia nabawiłam się do niego ogromnej awersji, wybór dań wegetariańskich stał się dla mnie mocno ograniczony. Następnego dnia wypytałam innych, którzy jedli dokładnie to samo, czy również mieli jakieś problemy żołądkowe. Okazało się, że nie — i to mnie naprawdę zaskoczyło, bo zwykle mam stalowy żołądek, który buntuje się bardzo rzadko. Mogę jeść śmieciowe jedzenie tygodniami bez większych konsekwencji, a tu pokonał mnie nepalski miks warzywny?

To chyba ostateczny dowód na to, że warzywa mi nie służą. Gdyby tylko moja Mama wiedziała o tym wtedy, kiedy w dzieciństwie zmuszała mnie do jedzenia marchewek, kalafiora i brokułów…

Kolejny dzień; cel: Namche Bazaar

Kolejny dzień i znowu deszcz. Śniadanie o 7:30, wyjście o 8:00. To, co chcemy zjeść rano, zamawiamy już poprzedniego wieczoru. Jak dobrze, że zdecydowałam się na owsiankę, a nie coś z tym nieszczęsnym warzywnym miksem haha.

Do Namche Bazaar mieliśmy około 10,5 km. Miejscowość leży na wysokości 3400 m n.p.m., więc tego dnia zdobywaliśmy mniej więcej 800 metrów przewyższenia. Sporo marszu pod górę — niestety głównie po schodach albo ścieżkach wyłożonych śliskimi kamieniami. Widoczność ponownie była marna: deszcz, chmury i mgła skutecznie zasłaniały widoki. Jakby tego było mało, zaczęliśmy podejrzewać, że nasze płaszcze przeciwdeszczowe zaczynają przeciekać.
Tego dnia oficjalnie weszliśmy do Sagarmatha National Park, czyli parku narodowego, na terenie którego znajduje się Mount Everest. „Sagarmatha” to zresztą nepalska nazwa najwyższego szczytu świata i w wolnym tłumaczeniu oznacza „czoło nieba” albo „szczyt nieba”.

W połowie drogi ponownie zatrzymaliśmy się na jedzenie. Mój żołądek nadal był trochę poturbowany, więc tym razem postawiłam na coś lekkiego — gęstą zupę Sherpa Stew.

Na trasie do Namche przechodzi się przez słynny Hillary Bridge — wiszący most zawieszony około 125 metrów nad rzeką Dudh Koshi, mający 135 metrów długości. Pod nim znajduje się jeszcze jeden, starszy most, z którego organizowane są skoki na bungee. Niektóre napotkane osoby miały spore obawy przed przejściem przez most, zwłaszcza że tego dnia mocniej wiało i konstrukcja wyraźnie falowała. Inni natomiast kompletnie się tym nie przejmowali i robili sobie selfie na samym środku metalowej przeprawy.

Kawałek za mostem znajduje się Everest View Point, z którego trekkerzy po raz pierwszy mogą zobaczyć Mount Everest. My mogliśmy podziwiać jedynie chmury otaczające najwyższy szczyt świata… ale zawsze coś 😉

Końcówka trasy dłużyła się niemiłosiernie. Z Hillary Bridge do Namche Bazaar są około 2 km i prawie 500 metrów przewyższenia. Podejście nie jest bardzo strome, wysokość zdobywa się stopniowo, ale mimo wszystko pod koniec każdy był już trochę zmęczony. Powoli weszliśmy w bardziej zabudowany teren, mijając „przedmieścia”, aż w końcu zza zakrętu wyłoniło się Namche Bazaar…

Share

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *