Praca w Kanadzie – vol. 2

Praca w Kanadzie ? Jest gorzej niż myślałam. A nie nastawiałam się, że będzie lekko. Liczyłam się z tym, że będzie trudno, dlatego przezornie zaoszczędziłam trochę kasy. Gdybym nie miała tych oszczędności, to marny byłby mój los. Szukanie pracy w Kanadzie, w moim wykonaniu, nie szło najlepiej. To drugi post o moim pracowych przebojach. Rozpocznę go w miejscu, gdzie skończyłam ten pierwszy. Jeżeli nie wiesz co się działo wcześniej, to kliknij na przycisk poniżej.

Ostatni post zakończyłam pracując tymczasowo w biurze architektonicznym. Było fajnie. Zostałam rzucona trochę na głęboką wodę i miałam bardzo niecierpliwą “superwizorkę”, ale dużo się nauczyłam. Ogarnianie faktur, czy pisanie rocznych ewaluacji pracowników, których nie znam, rozwinęło moją fantazję rachunkową jak i bajkotwórczą. Niestety, wszystko co dobre musi się kiedyś skończyć i tak też było w moim przypadku. Druga praca w Kanadzie zakończona.

Zgłosiłam firmie rekrutacyjnej gotowość, do podjęcia kolejnych prac biurowych, sama również zaczęłam szukać na własną rękę. Niemądrze wierzyłam, że skoro teraz mam to słynne CANADIAN EXPERIENCE w moim resume, to praca w Kanadzie znajdzie się łatwiej.

HA HA HA HA!

Niestety nie szło łatwiej… Miałam ułożony plan. W pierwszym tygodniu będę aplikowała do biur. Jeżeli odzew będzie marny, to w kolejnym tygodniu zgłoszę się do placówek, gdzie zajmują się dziećmi z zaburzeniami rozwojowymi. Jeżeli i to się nie uda, to wracam do mojego pierwotnego planu – czyli praca w sklepach. Plan A, Plan B, Plan C. Brzmi rozsądnie i bezpiecznie. Chyba praca w Kanadzie się znajdzie.

PLAN A – praca w biurze

W sumie złożyłam gdzieś około 70 aplikacji. Odzew prawie że zerowy. Jeżeli się już ktoś odezwał, to strachał się, że moje pozwolenie na pracę jest ważne tylko do grudnia. Albo odpadałam, bo nie mówiłam po mandaryńsku. Albo odzywały się kolejne firmy rekrutacyjne, które koniecznie chciały kontaktować się osobiście z moimi poprzednimi pracodawcami (co z tego, że miałam pisemne referencje). Raz, drugi – spoko. Ale Ci poprzedni pracodawcy, to chyba by już szału dostali, gdyby ktoś się wkółko z nimi kontaktował w mojej sprawie.

Nie szło to w dobrym kierunku. Nie do końca wiem czemu. CV i list motywacyjny specjalnie przygotowywałam pod oferty. Canadian experience już miałam (a może dwa miesiące to za krótko, żeby taka praca w Kanadzie się znalazła?). Nie jestem też jakimś żółtodziobem, bez doświadczenia. Darowałam sobie aplikację na stanowiska prezesowskie, tylko skupiłam się na zwykłych, prostych, administracyjnych posadach.  Byłoby tak wspaniale, żeby chociaż ¼ firm, dawała feedback, dlaczego (ja :P) nie, żeby był JAKIKOLWIEK feedback.

Jak widać, kwestia feedbacków leży zarówno w Polsce jak i w Kanadzie.

Wiem, że 70 aplikacji to nie jest rekord, tydzień to mało czasu, ale ja nie mam tutaj czasu czekać na pracę marzeń. Więc w życie wprowadziłam kolejny plan.

PLAN B

W Kanadzie zawód psychologa jest regulowany, więc mój dyplomik tutaj nic nie znaczy. Nieregulowany jest za to zawód behawioralnego interwencjonisty, czyli terapeuty pracującego z dziećmi. Zaaplikowałam do ośrodka, tego samego dnia dostałam też odpowiedź, że za tydzień mam przyjść na rozmowę i jakieś grupowe zebranie, podczas którego będę musiała wypełnić test. Serce mi się uradowało, że coś się pojawiło na horyzoncie. Nadal jeszcze trochę aplikowałam do biur, ale myślami byłam już gdzieś indziej.

Gdy już nadszedł dzień zero odbyłam 40 minutową indywidualną rozmowę rekrutacyjną, a potem brałam udział w 2,5 godzinnym spotkaniu grupowym wraz z innymi kandydatami na stanowisko. Krótka prezentacja, a potem, odgrywanie scenek, podczas których trzeba było wchodzić w role dzieci i terapeutów. Czułam, że zapunktowałam, gdy zaczęłam wydawać dźwięki dinozaura. Generalnie to był trochę kabaret, suchy kabaret. Ale koniec końców, moje umiejętności dźwiękonaśladowcze chyba zrobiły wrażenie, bo po 4 dniach zaoferowali mi pracę… AHA no i oni też koniecznie się chcieli kontaktować z poprzednimi pracodawcami.

Ta kwestia jest chyba nie do uniknięcia.

Niestety musiało pojawić się kolejne ALE. Zaproponowali mi na poczatek 12 godzin tygodniowo. Co oczywiście nie jest ofertą, która pozwoliłaby mi chociażby opłacić czynsz. Dla tych co nie wiedzą jak taka praca wygląda – zwykle jeździ się do domów dzieci lub ich szkół i tam przeprowadza się terapię. Co oznacza różne lokalizacje, koszta dojazdów i dużo czasu pomiędzy, za które nikt nie płaci. Plus bardzo często trzeba zainwestować w swoje zabawki lub materiały edukacyjne. Niestety dni i godziny miałam tak rozłożone, że bardzo ciężko byłoby załapać dodatkową pracę. Dzieciaki były rozstrzelone po całym Vancouver. Po upewnieniu się, czy na pewno nie mają klientów jakoś bardziej lokalizacyjnie skondensowanych, musiałam niestety odrzucić ofertę. Taka praca w Kanadzie niestety odpada…

PLAN C

Czyli powrót do korzeni. Po wcześniejszych perypetiach czułam, że taka mniej poruszająca szare komórki praca to będzie właśnie to. Problem z tego typu pracami jest taki, że zwykle są one na pół etatu, czyli od 0-30 godzin tygodniowo. Co oznacza, że żeby się tu utrzymać, muszę mieć co najmniej dwie prace. Znowu rozpoczęłam rajd po sklepach. Tym razem praca w Kanadzie musi się znaleźć! CV złożyłam może z 20 sztuk. Na rozmowę zaproszono mnie do sześciu miejsc. Ofertę otrzymałam od trzech. Przyjęłam dwie.

No i tak wygląda moja praca w Kanadzie, a raczej dwie prace. Gdzie pracuję? Nie będę rzucać nazwami, bo jak potem będę chciała coś o tych miejscach napisać, to mógłby być przypał. Jedno miejsce to sklep z ciuchami i nie tylko. Jego odpowiednik mamy w Polsce. W sumie to ta sama firma, ale pod innym logo. I w baaaaaardzo popularnej kawiarni. Pierwszego pewnie nie zgadniecie, ale drugie to chyba łatwe :P.

Chyba nie bedę już nic zmieniać. Ewenetualnie rzucę jedną jak awansuję… no albo jak się wkurzę. Bo tak, już się wkurzam. W sumie nie na pracę, a na klientów.

Nie pracowałeś/aś w sklepie? Życia nie znasz!

Share

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *