Przesiadka w Singapurze – parę godzin w mieście lwa

Nowa Zelandia jest trochę daleko… na tyle daleko, że póki co, nie da się tam dolecieć z Europy jednym lotem. Na podróżującego zwykle czeka jeden lub i więcej transferów, m.in w Azji. Mi się trafiła przesiadka w Singapurze. Do wyboru miałam dwie opcje: 2-godzinną albo 15-godzinną przerwę między lotami. Nigdy nie byłam w Singapurze, więc ta druga opcja była bardzo kusząca i to na nią w ostateczności się zdecydowałam.

W Singapurze, na Changi Airport, wylądowałam w okolicach godziny 7 rano. Z okienka samolotu widziałam spowite dość gęstą mgłą lotnisko. Oczywiście! Gdy ja lecę w jakieś miejsce, gdzie pogoda powinna być piękna i ciepła, to zawsze musi być coś nie tak! Moja przesiadka w Singapurze miała trwać prawie cały dzień (po 22.00 miałam wylot). Czy cały ten dzień będzie we mgle?

Po wygramoleniu się z samolotu, na terminal drugi, moim oczom ukazały się leżanki. Duuuuuużo leżanek. Do wyboru, do koloru. Nie mogłam się powstrzymać i położyłam się na jednej, aby zastanowić się co dalej. Przy każdym z legowisk znajduje się gniazdko i port USB. Moje „łóżeczko” znajdowało się akurat w obszarze otoczonym roślinkami – tak to ja tu mogę spędzić cały dzień 😀 

Przesiadka w Singapurze – czas się ogarnąć

Pomimo zmęczenia 12 godzinnym lotem i 19 godziną podróży, trzeba było ruszyć dalej. Nie po to wybrałam, aby moja przesiadka w Singapurze trwała 15-godzin, żeby leżeć na leżakach! Pierwsza misja: pozbyć się mojego bagażu podręcznego, pod postacią walizeczki na kółkach. Mój kolejny samolot miał odlatywać z terminalu trzeciego i to tam polecono mi znaleźć przechowalnię bagażu. Aby się tam dostać, musiałam użyć pociągu o nazwie Sky Train, który kursuje pomiędzy terminalami. Jadąc z terminala trzeciego, na drugi, mijałam najbardziej popularną miejscówkę singapurskiego lotniska – Jewel, czyli tam, gdzie jest największy sztuczny wodospad na świecie. Włączają, go dopiero o 9, więc rano widziałam tylko dziurę, do której spływa woda.

Przechowalni bagażu szukałam z 30 minut, pomimo dwóch konsultacji z paniami w informacji. Changi jest bardzo dobrze oznaczone, ale z tą przechowalnią im się nie udało. Miała ona znajdować się za jakimś sklepem o nieznanej mi nazwie… i dopiero za trzecim razem przechodząc obok tego miejsca, zauważyłam szyld tego sklepu (z biżuterią, jakby co). A wystarczyło powiedzieć, że przechowalnia bagażu jest po przeciwnej stronie wielkiego sklepu Louis Vuitton… to był zobaczyła od razu 😀 .

Koszt przechowania bagażu do 10 kg – 10 dolarów singapurskich. Cięższe odpowiednio więcej. Stety/niestety, nie można tam zostawić żadnej elektroniki, więc tę trzeba zabrać ze sobą na miasto. Pan w obsłudze zważył, a potem otworzył mój bagaż, aby zobaczyć, czy nie trzymam tam jakiś niedozwolonych fantów.

Kontrola Paszportowa

Aby przesiadka w Singapurze, była owocnym doświadczeniem, należy opuścić lotnisko i udać się na miasto. Na hali, gdzie odbywa się kontrola paszportowa, nie było nikogo, prócz mnie, pani z obsługi i kilku panów sprawdzających paszporty. Aby przejść przez granicę, należy wypełnić tylko krótką deklaracje, która znajduje się przy stanowiskach zaraz obok kontroli paszportowej. Strażnik spytał mnie tylko o lotnisko docelowe, na które lecę, wbił pieczątkę w paszport i tyle. Nie potrzebna była żadna wiza.

Metro

Aby dostać się do centrum, skorzystałam z metra. Droga do pociągu jest bardzo dobrze oznaczona, więc nie ma problemu z dotarciem na miejsce. Metro jest zaraz obok lotniska. Bilet do Raffles Place (jedna ze stacji w centrum), kosztował mnie 3 dolary z hakiem. Tak samo powrotny na lotnisko. Bilet kupuje się w automatach, z których nie mogłam skorzystać, bo nie można było płacić kartą. Pieniędzmi też nie mogłam zapłacić, bo najwyższy banknot jaki automat przyjmuje to 5 albo 10 dolców.

Co do płatności kartą, to nie jestem pewna, czy nie było jakiejś usterki, bo podczas wybierania formy płatności, można było wybrać kartę, tylko że terminale nie działały… W tej ciężkiej sytuacji, na pomoc przyszła pani z obsługi, którą ledwo co rozumiałam 😛 . Spytała mnie, czy mam kartę kredytową z chipem (miałam), po czym przyłożyła ją do automatu biletowego. Potem poinformowała, że mam po prostu przyłożyć moją kartę kredytową do chipa bramek, a one się otworzą. Tak było.

Singapurskie metro nie jest specjalnie skomplikowane. Żeby dostać się do centrum z lotniska (i na odwrót), trzeba przesiąść się na stacji Tanah Merah. Do centrum dowiezie nas zielona linia o nazwie East West Line. Rozkład przystanków podany jest w pociągu. Co więcej, kolejny przystanek jest podświetlany na czerwono, a zaliczone już stacje zostają wygaszone. Wszystkie informacje są podane po angielsku, więc jest naprawdę łatwo.

Cała trasa z lotniska do centrum zajęła mi jakieś pół godziny. Metro wygląda normalnie, bez jakiś kosmicznych udziwnień. Tyle się nasłuchałam, jaki ten Singapur nowoczesny, miasto przyszłości, że chyba spodziewałam się conajmniej metra latającego w powietrzu 😛 . Na pokładzie pociągu byłam jedyną białą osobą, około 80% było Azjatami, a 20% Hindusami. 

CZAS NA ZWIEDZANIE

Po opuszczeniu metra, na stacji Raffles Place, od razu przywitały mnie wysokie, szklane wieżowce i odgłosy budowy. Po porannej mgle nie było już śladu. Przez cały dzień było bardzo gorąco, temperatura wahała się pomiędzy 26-32 st. Celsjusza. Raz było chmurzyście i nawet trochę kropiło, a raz była patelnia na pełnym słońcu (styczeń). Prognozy na moim telefonie, z kolei, zapowiadały ciągłe burze 😛

Umęczyłam się trochę tą pogodą. Ubrana cała na czarno, z 7 kilowym plecakiem, przeklinałam siebie co jakiś czas, podczas wyrabiania pieszo kolejnych kilometrów. Mogłam zdecydowanie lepiej dobrać ubiór tego dnia, bo przesiadka w Singapurze, na koniec dnia mnie trochę pokonała.

MERLION

Pierwszym must see na mojej liście był Merlion – znak Singapuru. Posąg lwa, sikającego z paszczy wodą (bo Singapore w tłumaczeniu oznacza miasto lwa). Miejsce w którym znajduje się ta atrakcja, nazywa się nie inaczej, jak Merlion Park. Umiejscowiony zaraz na nabrzeżu, z którego roztacza się widok na Singapur, w tym na Marina Bay. Pełno ludzi cykających fotki z każdej strony, ale bez tragedii. Obok lodziarnie, knajpki – typowy turystyczny spot.

Merlion Przesiadka w Singapurze

Kolejnym punktem programu, bez którego moja przesiadka w Singapurze by się nie obeszła, to hotel Marina Bay. Znany pewnie wszystkim ze zdjęć, trzyczęściowy budynek, połączony na szczycie czymś, co przypomina statek. 

MARINA BAY SANDS

Do Marina Bay miałam niecałe 2 kilometry pieszo. Łatwy spacer nad wodą, z widokami na centrum miasta i na popularny hotel.

 przesiadka w Singapurze
wieżowiec przesiadka w Singapurze

Przyznam jednak, że gotowałam się trochę z gorąca. Po dotarciu na miejsce, z ulgą przywitałam klimatyzowane centrum handlowe. Zdecydowanie nie zatrzymałam się tam na zakupy, tylko żeby się schłodzić. Nie żeby było mnie stać, tam butiki mają głównie luksusowe marki.

Przy okazji zauważyłam, że mają tam identyczną wodną instalację, pod postacią rzeczki przepływającej przez centrum, jak w Gdańskim Forum. Jako że kompleks Marina Bay Sands powstał w 2010 roku, to o zrzynkę posądzam nasz rodzimy projekt 😛 .

Po lekkim schłodzeniu, weszłam sobie do jednego z filarów hotelu Marina Bay. Przyznam, że w środku, pupy nie urywa. Otwarta przestrzeń, z korytarzami prowadzącymi do pokojów, a na dole recepcja. Kawałek można zobaczyć w moim filmiku.

Hotel należy do tych luksusowych. Ceny za noc, zaczynają się od 460 dolarów singapurskich. Największą hotelową atrakcją jest Infinity Pool na dachu. Jest to kusząca gratka dla wszelkiej maści Instagramerów i szpanerów. Jako że nie każdy może pozwolić sobie na choć jedną noc w tym kompleksie, a na basen mają wstęp tylko goście hotelowi, to obmyślono plan wejścia na dach, pomimo cienkiego portfela. Otóż. Grupy ludzi podnajmują sobie jeden pokój i każda grupa/osoba ma ten pokój np. na godzinę. Po czasie, wchodzi kolejna osoba i tak dalej i tak dalej. Można? Można. Zdjęcie na Instagramie się zgadza. Ja nie skusiłam się na taką opcję, choć kąpiel w basenie, jakimkolwiek, była dla mnie wtedy bardzo kusząca.

Marina Bay Hotel przesiadka w Singapurze

GARDENS BY THE BAY

Za hotelem znajduje się 101 hektarów pięknych ogrodów. Różne style (chiński, indyjski, ogórd z kaktusami itp.) i inne rozmaitości. Największe wrażenie robią tzw. Supertrees Grove, czyli osiemnaście 25- i 50-metrowych drzew, które w nocy świecą się na wszystkie kolory i robią świetlne show o określonych godzinach. Niestety widziałam je tylko w dzień, ale nadal prezentowały się imponująco.

Teren jest olbrzymi, na różnych poziomach – można się zgubić (tak, zrobiłam to). To tam dopadł mnie pierwszy kryzys. Byłam tak umęczona i zgrzana, że siedziałam z 40 minut w zadaszonym miejscu niedaleko Cloud Forest. Był tam darmowy internet, więc był to przyjemny odpoczynek :D. Wstęp do Gardens By The Bay jest darmowy, ale niektóre atrakcje, jak wejście na szczyt Supertrees, czy Cloud Forest są już płatne. Niestety nie skorzystałam z tych opcji, może następnym razem.

Co do internetu, to w wielu miejscach ogrodów, łapałam darmowe wi-fi. Co do netu na mieście, to przytulałam się do sieci w Starbucks’ach i innych knajpkach z darmowym netem.

Gardens By The Bay przesiadka w Singapurze

Po obchodzeniu ogrodów, przyszedł czas na zwiedzenie starszej części miasta. Tam też podreptałam na piechotę. W drodze, dopadł mnie konkretny kryzys numer dwa. Tym razem, na ratunek przyszły mi leżanki rozlokowane nad wodą. Była to już prawie 30-godzina na nogach i nie miałam siły na więcej. Chciałam już wrócić na lotnisko i położyć się na jednym z leżaczków… a przecież planowałam jeszcze zwiedzić lotnisko!

Po krótkim odpoczynku, zmotywowałam się jednak i ruszyłam dalej. Kto wie, kiedy znowu trafi mi się taka przesiadka w Singapurze. Wyśpię się w samolocie.

Cisnę dalej

Zgłodniałam, więc wybrałam się do “food hall’u” o nazwie Lau Pa Sat. Pełno barów, pięknych zapachów i ludzi. Nie za bardzo znam się na kuchni azjatyckiej i nie wiedziałam co bym chciała zjeść. Niestety nie miałam już zasobów poznawczych, żeby rozwiązać kwestię “co tam dają do jedzenia” i poszłam do Starbucks’a za rogiem. Wstyd. Przynajmniej spróbowałam tamtejszej, starbucksowej, jedzeniowej oferty… bo wiecie, w każdym kraju jest trochę inna 😛 . I tak zjadłam jakiegoś wrapa z grzybkami.

Potem za cel obrałam świątynię Thian Hock Keng. Co tu dużo mówić, z wyglądu typowa chińska świątynia znana ze zdjęć w magazynach. Ja pierwszy raz na oczy taką wiedziałam, więc zdarzenie było dla mnie podniosłe. Tutaj kadzidełko, tam lampiony, tu powywijane dachy, dalej jakie statuetki ze śmiesznymi minami. No bracie, Azja! Widziałam? Widziałam, idę dalej.

Teraz chciałam iść do Buddha Tooth Relic Temple. Odległość wydawała mi się przerażająca, bo aż 600 metrów. Po krótkiej walce ze sobą, uznałam, że pójdę się przyjrzeć temu zębowi. W drodze spotkałam Polaka (taaaak, Polacy są wszędzie). Po miłej rozmowie i wskazówce, gdzie jest jeszcze fajna świątynia, zupełnie zapomniałam o złotym trzonowcu Buddhy. Nie wiem co mnie tak pognało w kierunku tej innej świątyni, to, że Polak ją tak pięknie zareklamował, czy też to, że znajdowała się ona po drodze do metra xD.

Nawet nie pamiętam jak się ona nazywała, ale zdjęcie zrobiłam, o proszę (miała super dach):

CHANGI AIRPORT

W metrze zasypiałam już na całego. Nie było gdzie usiąść, więc praktykowałam spanie na stojąco. Co chwilę budziły mnie, gwałtownie uginające się pode mną kolana. Po powrocie na lotnisko, lekko się ożywiłam, bo miałam zobaczyć największy sztuczny wodospad na świecie! No i wgl singapurskie lotnisko od lat bije inne lotniska na głowę, w rankingach na najpiękniejsze na świecie.

JEWEL

Jewel – tak nazywa się budynek, w którym znajduje się owy wodospad. Atrakcja całkiem nowa, bo otworzona w pierwszej połowie 2019 roku! Istotną informacją jest fakt, że znajduje się on po stronie ogólnodostępnej, co oznacza, że aby go zobaczyć, trzeba przejść przez imigracyjny. Niestety nie jest dane go zobaczyć, jeżeli pozostanie się po stronie bezcłowej. No chyba, że się wsiądzie w Skytrain, który przejeżdża przez Jewel i przez chwile można go zobaczyć. Więc jeżeli ktoś ma mało czasu, to jest też taka opcja.

Jewel Przesiadka w Singapurze

Wodospad jest piękny, robi wrażenie, jest bardzo fotogeniczny. Dookoła otoczony zielonymi tarasami, dosłownie dżungla w budynku. Wbrew pozorom, droga wodospadu nie kończy się na spłynięciu do dziury umiejscowionej w dole. Na dwóch niższych poziomach, możemy zobaczyć spływającą wodę po przezroczystych, okrągłych ścianach. Mają rozmach.

Jewel Przesiadka w Singapurze

DESZCZ KINETYCZNY

Kolejną atrakcją był deszcz kinetyczny na terminalu numer 1. Ten również znajduje się po stronie ogólnodostępnej. Piękny spektakl, opadających i wznoszących się w różnym tempie miedzianych kropel. To było coś, co mój zmęczony mózg potrzebował. Lampiłam się w ten deszczyk z 15 minut. Być może z rozdziawioną buzią. Lecą w górę, lecą w dół, zatrzymują się na chwilę, żeby znowu opaść, a potem płynnie się poderwać. Ooooo tak, dobry relaks dla śpiącej głowy. (deszczyk w ruchu, zobaczycie na moim filmiku, na końcu wpisu)

 deszcz kinetyczny przesiadka w Singapurze

Do odlotu miałam z 4 godziny. Przeszło mi przez myśl, żeby udać się do kina (tak, tam jest też darmowe kino). Ale po chwili zrezygnowałam z tego pomysłu, bo ciemność i film lecący w tle, to idealne warunki dla drzemki, która ostatecznie mogłaby sprawić, że przespałabym godzinę odlotu.

Będąc już w nieustannym kryzysie, postanowiłam udać się na stronę odlotów. Wyjęłam już sobie całą elektronikę na wierzch, aby przy prześwietlaniu bagaży nie grzebać w nich jak szalona. Zwarta i gotowa, przechodzę przez paszportowe bramki, a tam dalej już normalny pasaż handlowy, a maszyn prześwietlających brak! Ale jak to?! 

Okazało się, że bagaż prześwietlany jest przed samymi gate’ami. 

BEZ SENSU!

Nie lubię tego całego prześwietlania. Dobrze jest mieć je głowy od razu, a tutaj trzeba czekać z tym do samego końca. Plus nie pozwalają Ci się prześwietlić do 1,5 godziny przed twoim odlotem. A ja chciałam to mieć za sobą i spać na krzesłach w poczekalni już za prześwietlaczami. Nie mogłam. Wróć dziecko po 20.30.

Koniec końców dobrze się stało, bo przypomniałam sobie, że mam bagaż do odebrania z przechowalni. Odwiedziłam też motylarnie, ale mało co z niej pamiętam XD. Desperacko potrzebowałam snu. Tak jak na terminalu 2, leżanek było od groma, tak na trójce nie mogłam znaleźć żadnych.

Usadowiłam się więc na krzesłach, przy prześwietlaczach. Wybrałam miejsce specjalnie koło pań, które miały lecieć tym samym lotem co ja. Moje resztki uwagi, pomiędzy przebudzeniami, skierowane były tylko na tym, czy te panie tam siedzą, czy już nie. W pewnym momencie już nie siedziały. Oczy otworzyły mi się jak 5 złotych. Całe szczęście dojrzałam je prześwietlające się przy maszynach. To czas i na mnie!

Krótkie podsumowanie. Taka przesiadka w Singapurze to super sprawa. Polecam każdemu. Jedynie co mogę polecić, to solidny sen podczas lotu, poprzedzającego dłuższy transfer. Inaczej, można skończyć jak zombie. Część lotniskową pamiętam jak przez mgłę i musiałam się serio wysilić, aby przypomnieć sobie, co robiłam w tym czasie. A tak poza tym to bajerancko!

W związku z faktem, że przesiadka w Singapurze, to było dla mnie duże wydarzenie, nagrałam filmik. Endżoj 😀

Share

1 Response

  1. 4 marca, 2020

    […] W Singapurze miałam, aż 15-godzinną przesiadkę, podczas której, wyskoczyłam sobie na „miasto”. O przebiegu mojego zwiedzanka, możecie przeczytać w tym wpisie. […]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *