Wycieczka po Kalifornii cz. 7 “Problemy z autem – apogeum”

problemy z autem w USA
Tego dnia mieliśmy dojechać do Parku Narodowego Sekwoi. Pech chciał, że dotarliśmy tam dopiero dwa dni później… No dobra, nie pech, a PROBLEMY Z AUTEM. Jak to się stało, że 3 godzinna odległość zajęła nam dwa dni? Było to tak…

Poprzedni dzień był udany. Nie dość, że odwiedziliśmy ciekawe miejscówki, to jeszcze samochód nie zgasł nam ani razu! Uwierzyliśmy w magiczną moc dociskania hamulca do dechy, podczas odpalania samochodu.

Jakim zdziwieniem było dla nas, kiedy zatrzymaliśmy się na poboczu w celu ogarnięcia GPSa, a potem nie mogliśmy ruszyć. Nie no, nie byliśmy zdziwieni, ale wszelkie nadzieje, że te problemy z autem były tylko przejściowe, legły w gruzach.

WHYYYYYYYYYYY?!?!?!?!?!?!

-Tyyy, a może on się przegrzewa? Otworzyliśmy maskę, poczekaliśmy chwilę, ale nadal nic. Nie mieliśmy też zasięgu. Zamknęliśmy maskę i czekaliśmy na zbawienie. Niestety ono nie nadchodziło, postanowiliśmy więc, skorzystać z naszej filmowej wiedzy i otworzyć na dłużej maskę samochodu i czekać, aż zatrzyma się obok nas Wuj John z wąsem, który postuka, popuka i naprawi nasz samochód.

Wiedza z filmów okazała się przydatna i po paru minutach zatrzymał się przy nas pan, pytając, czy potrzebujemy pomocy. Na autach za bardzo się nie znał, ale miał kable i podładował nasz akumulator. Auto zadziałało!

Niczym najlepsi detektywi, wywnioskowaliśmy, że to chyba bateria odpowiada za nasze problemy z samochodem. XD

Wuj John dał nam znać, że za parę mil znajduje się warsztat. No to jedziemy. Okazało się, że to był wulkanizator i nie mogą nam pomóc, ale z tego co im powiedzieliśmy, to za sprawcę zamieszek, również wytypowali akumulator.

W końcu udało się nam załapać sygnał w telefonie i wybraliśmy pierwszego, lepszego mechanika w okolicy. Przyjął nas od razu. Sprawdził napięcie baterii (czy coś takiego) i wszystko było ok. Coś tam podłączył i zaczął odpalać i gasić samochód z 15 razy. Wszystko cacy. Nie mógł odtworzyć problemu. Przeczyścił nam jakieś łączenia baterii, może te brudy to winowajcy. Pan był tak miły, że dał nam za friko kable, w razie, gdyby to jednak nie była wina tych brudów.

OJ! NA PEWNO TO TE BRUDY! TERAZ JUŻ WSZYSTKO BĘDZIE DOBRZE <3

Naiwnie licząc, że nasze problemy z autem się skończyły, postanowiliśmy jechać dalej na zwiedzanie. Zmieniliśmy trochę plany i zamiast kierować się do Parku Sekwoi, to na mapie obczailiśmy jakieś lasy sekwojowe (park i las sekwoi to co innego!), sama nie pamiętam, co dokładnie nas tam zainteresowało, ale zdecydowaliśmy zboczyć z drogi.

Gdy dojechaliśmy do granic lasu, mieliśmy jeszcze z 50 minut do naszej destynacji. 50 minut krętych górskich dróg. Po kwadransie jazdy, czas dotarcia do celu nie zmienił się ani o minutę, a ja byłam już na skraju zawału serca przez te kręte, wąskie drogi nad urwiskami. Zaczęłam interweniować, że wracamy, bo ja tego nie przeżyję (Andy jest z tych kierowców, co zapominają, że mają hamulec pod nogą i że warto by go używać na zakrętach).

OKEY! WRACAMY!

Była to prawdopodobnie jedna z lepszych decyzji ze względu na moje nerwy, jak i sytuację z samochodem. Bo jak się pewnie nietrudno domyślić, problemy z autem, wcale się dla nas jeszcze nie skończyły.

No to trzeba znaleźć jakiś nocleg. Obczailiśmy darmową miejscówkę w najbliższym mieście i tam pojechaliśmy. Okazało się, że jest to piaszczysty parking. Tory po jednej stronie, a po drugiej autostrada. Naprzeciw znajdował się park dla kamperów i stacja benzynowa, a w tyle chaszcze. Zaczęliśmy czytać opinie o tym miejscu, aby przekonać się, czy aby na pewno można tu spać. Jedna z opinii tyczyła się parku dla RV po drugiej stronie ulicy, głosząca, że noclegowicze zostali okradzeni przez methheadów krążących w pobliżu. W tym samym momencie, na parking podjechał samochód zawierający dawno niemytych ludzi, pijących piwo. Kierowca pił też.

YYYYY To może pojedziemy gdzieś indziej.

Znaleźliśmy jakiś camping oddalony 30 mil od nas (Horse Creek Campground). Płatny, ale tylko około 20 dolców. Mieli tam prysznic, kible, a teren znajdował się nad jeziorem. Jak przyjechaliśmy, było już ciemno i nie widzieliśmy scenerii, ale o poranku okazało się, że widoczki były całkiem przyjemne. (link do mojego filmiku z tego miejsca).

Z rana ruszyliśmy do Parku Narodowego Sekwoi, naiwnie licząc, że problemy z autem się już skończyły. Dojechaliśmy do Visitors Center, kupiliśmy magnesiki, ogarnęliśmy mapki i inne broszury. Oczywiście, gdy wsiedliśmy do auta, nasz rydwan znowu odmówił współpracy.

Miarka się przebrała.

Dalej tym autem nie jedziemy! Niech dostarczą nam nowe! Oczywiście nie było zasięgu i nie mieliśmy jak zadzwonić do firmy wypożyczającej. Całe szczęście, znajdował się tam telefon na monety. Pogadaliśmy i wyszło na to, że mamy jechać do serwisu Toyoty, znajdującego się w najbliższym mieście.

No niby to jakiś pomysł, ale co jak znowu nie będą mogli odtworzyć problemu? Całe szczęście, jak tylko zaparkowaliśmy przy serwisie i próbowaliśmy ponownie odpalić auto, to znowu nie chciał się włączyć. Pierwszy raz się z tego ucieszyliśmy 😀 . No może w końcu coś na to zaradzą!

Zgodnie z przewidywaniami, mieliśmy zrypany akumulator. Wymienili go nam na poczekaniu. Nie musieliśmy nic za to płacić, wypożyczalnia skontaktowała się z serwisem, coś tam pogadali, przelali pieniądze i finito! Możemy jechać! Już przy odpalaniu samochodu, poczuliśmy różnicę. I tak oto w ten sposób zakończyły się nasze problemy z autem.

And they lived happily ever after.

Ruszyliśmy ku Parku Sekwoi.

Share

1 Response

  1. 21 listopada, 2019

    […] w końcu uporaliśmy się z naszym problematycznym samochodem (poprzedni post), skierowaliśmy GPS na Park Narodowy Sekwoi. Wstęp do parku wynosi $35 za samochód, a jeżeli […]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *